Intendiev
a >> niedziela, 11 października 2009 21:48:54

a

Eli.


komentarze [5]

Ogłoszenie >> niedziela, 17 maja 2009 10:07:34

Ha!
Nie ogarniam nowego myloga :) Chyba mnie to trochę przerosło.
Sądziłam, że blog przepadł i straciłam nadzieję, że w ogóle coś tu jeszcze jest. Tymczasem wchodzę dziś ot tak na bloga, a Minny wciąż istnieje. Taka niespodzianka ;)

Mam nadzieję w takim razie, że szybko się zmobilizuję, żeby coś napisać jeżeli wciąż jeszcze chcecie to czytać.

Pozdrawiam serdecznie - Eli!

Eli.


komentarze [11]

26. Kłamstwa pani Hamilton >> środa, 28 stycznia 2009 16:54:32

Jak widać nie kasuję bloga.
Pojawił się nawet kolejny rozdział, mimo że nie mam czasu, bo "sesja ssie" jak to mówią.
Pozdrawiam wszystkich i życzę miłego czytania.

Oho. I mam wreszcie ładny szablonik :) Dziękuję pięknie i notkę dedykuję autorce tego cuda :* (jest niesamowita)
____________________________________________




Są ludzie, którzy kłamią dla zysku, i są ludzie, którzy kłamią z ucisku, ludzie, którzy kłamią tylko dlatego, że powiedzenie prawdy jest dla nich aktem całkowicie niepojętym... i ludzie, którzy kłamią, czekając, aż nadejdzie czas na prawdę.

Stephen King


* * * * * * * *



Minerwa szybkim krokiem przemierzała zamkowe korytarze. Jak na razie wszystko to, co działo się dookoła niej, zaczynało ją przerastać. Do tej pory była tylko cichą obserwatorką mniejszych lub większych problemów swoich przyjaciół. Jeżeli pakowała się w jakieś kłopoty to tylko i wyłącznie na własne życzenie. Tym razem jednak role się odwróciły i to na nią spadł grad nieszczęść.
- Idiotka – szepnęła sama do siebie i skręciła w boczny korytarz, prowadzący do Wieży Gryffindoru.
Właściwie nie wiedziała po, co tam teraz idzie. Równie dobrze mogłaby zaszyć się w cichym kącie biblioteki i tam spokojnie pomyśleć. Pokój Wspólny o tej porze zawsze był pełen ludzi i radosnego gwaru, który w żaden sposób nie pasował do nastroju Minny.
- McGonagall! Zaczekaj…
Dziewczyna przyspieszyła kroku, słysząc za plecami znajomy głos. Chłopak podbiegł kawałek i chwilę później deptał jej po piętach, by na zakręcie złapać Minerwę za łokieć i przyciągnąć do siebie zdecydowanym ruchem.
- Mogłabyś łaskawie zaczekać? – syknął Potter.
- Mógłbyś mnie łaskawie puścić? – uśmiechnęła się złośliwie Minerwa, nie pozostając mu w żaden sposób dłużną i natychmiast oswobodziła się z uścisku Gryfona. – Spieszę się trochę.
- Czy coś się stało? – spytał z troską, odrobinę zmieszany swoim zachowaniem sprzed kilku chwil.
- Dlaczego?
- Bo… Nie wiem. Dziwnie się zachowywałaś dzisiaj na śniadaniu. Tak jakby coś się stało – odpowiedział niezbyt pewnym głosem.
Minny nabrała w płuca powietrza i odwróciła się w końcu w jego kierunku. Uniosła wysoko głowę i zacisnęła mocno wargi, żeby powstrzymać się od uśmiechu, który pchał jej się na usta, kiedy tylko zobaczyła jak Harold zabawnie wygląda w źle zapiętej koszuli i z rękami w kieszeniach. Mały chłopiec z bajek o „Przygodach wnucząt Merlina”.
- Po prostu mam mały problem. To znaczy… Nic ważnego – skłamała.
Chłopak zmrużył swoje i tak niewielkie oczy i spojrzał na McGonagall, tak jakby jej do końca nie wierzył.
- Naprawdę. Jest w porządku – dodała szybko i odwróciła się na pięcie, byle stąd jak najszybciej uciec, nim straci panowanie nad sobą. – Jak już mówiłam spieszę się i…
- Minny, zaczekaj – poprosił Harold, a dziewczyna nie potrafiła mu odmówić.
- Słucham?
- Pamiętaj, że gdyby cokolwiek się działo… To jestem twoim przyjacielem – szepnął Harold, wpatrując się wprost w oczy Minerwy.
McGonagall spuściła wzrok. Miała ochotę z nim porozmawiać, opowiedzieć mu o wszystkim. O Hamiltonach, o swoich przypuszczeniach, o tym, że popełniła ogromną pomyłkę, oskarżając Harolda o kłamstwo. Ale obawiała się, że jeśli powie chociaż jedno słowo, runie za nim lawina kolejnych. Wtedy nie byłoby już odwrotu i Minny wyszłaby na głupią, naiwną dziewczynkę, bojącą się, że narazi się na śmieszność. Nie był to w najmniejszym calu gryfońskie zachowanie, ale Minerwie nie pozostawało nic innego, jak tylko siedzieć cicho i uśmiechać się delikatnie.
- Harold! Tu jesteś! – usłyszeli radosny głos Ursuli, która pojawiła się nagle na końcu korytarza.
Minerwa spojrzała na rozpromienioną dziewczynę, która biegła w ich kierunku. Miała rozwiane włosy i zaróżowione policzki, a ramiączko jej sukni delikatnie opadało na ramię. Minny uśmiechnęła się, a potem przeniosła wzrok na zmieszanego Pottera i na jego źle zapięte guziki.
- To ja idę, nie będę wam przeszkadzać – szepnęła przez zaciśnięte gardło i czym prędzej zniknęła za zakrętem.
Harold jeszcze przez chwilę wpatrywał się w coraz bardziej oddalające się plecy koleżanki. Ocknął się dopiero, gdy panna Terpols potrząsnęła jego ramieniem.
- Mieliśmy iść do biblioteki, pamiętasz? Myślałam, że już nie dotrzesz – roześmiała się dziewczyna. – Miałeś tylko zmienić koszulę i wrócić.
- Jak wracałem zobaczyłem Minny i musiałem zamienić z nią kilka słów – wytłumaczył się pospiesznie.
- Widzę, że tak się spieszyłeś, że źle zapiąłeś koszulę – zauważyła bystro Ursula. – Jeszcze raz bardzo cię przepraszam. Nie chciałam wylać tego soku, to było…
- Nie ma sprawy – przerwał jej Harold i spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem, jakby spoglądał przez jednego z hogwardzkich duchów. – Przepraszam, ale muszę coś załatwić.
- Ale…
- Przepraszam – rzucił w powietrze i pobiegł do Pokoju Wspólnego.


- Minny?
Jamie spojrzała zdziwiona na przyjaciółkę, która wpadła jak torpeda do dormitorium i rzuciła się na swoje łóżko, chowając twarz w poduszkę. Panna Hilt wiedziała, że takie zachowanie nie wróży nic dobrego. A takie zachowanie w przypadku Minerwy McGonagall, kobiety o wyjątkowo silnym charakterze i stalowych nerwach, wróży po prostu katastrofę.
Gryfonka przez chwilę zastanawiała się, co zrobić, aż w końcu postanowiła ostrożnie podejść do Minerwy i sprawdzić, co się dzieje. Jamie usiadła na skraju łóżka koleżanki i położyła dłoń na jej ramieniu. Minny drgnęła pod dotykiem ciepłej ręki, a chwilę później rozpłakała się jak małą dziewczynka. Hilt nie miała pojęcia, co zrobić.
- Kochanie, co się takiego wydarzyło, że płaczesz? – spytała nieśmiało.
- Jamie, jest tu Mcgona… Och, Minny! – Izolda, która dopiero co weszła do pokoju zatrzymała się w drzwiach i spojrzała na obrazek rozgrywający się w sypialni. Szybko weszła do środka i zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Który to? – spytała dziarskim tonem Strawber.
- Iz, proszę cię, uspokój się – szepnęła Jamie. – Tylko pogarszasz sprawę.
- Nieprawda! Moja przyjaciółka nie będzie płakać przez żadnego kretyna – Izolda kucnęła po drugiej stronie łóżka, próbując spojrzeć Minny w twarz, ale na poziomie jej wzorku pozostawała jedynie falbanka poszewki. – Który? Hamilton?
- Nie… - szepnęła McGonagall, przewracając się na plecy.
- Nie będziesz się wpatrywała w ten sufit, bo i tak nic tam nie zobaczysz – zawyrokowała Izolda. – Powiedz mi…
- Strawber, do cholery, daj jej spokój – wkurzyła się nie na żarty Jamie. – Nie widzisz, że dziewczyna jest zdenerwowana?
- Potter czeka na ciebie w Pokoju Wspólnym. Prosił, żebym cię zawołała – zakomunikowała Izolda, co wzbudziło tylko kolejną falę łez, wypływających z oczu Minny. – To przez niego? Pokłóciliście się? No tak! Znowu…
- Nie. Po prostu… - Minerwa spojrzała na zatroskane twarze przyjaciółek, pochylający się nad nią z obu stron łóżka i zamknęła powieki. – Po prostu on i Terpols…
- Mają się ku sobie – zakończyła Izolda i westchnęła. – Na to akurat nic nie możesz poradzić. Nie sądziłam jednak, że ty i Harold… No wiesz… – Izolda uśmiechnęła się przepraszająco. – Może…
- Bo wy nic nigdy nie przypuszczacie! – krzyknęła Minny i wybiegła z dormitorium, trzaskając drzwiami. – Dajcie mi wszyscy święty spokój!
Dziewczyna zbiegła po schodach do Pokoju Wspólnego, gdzie nieomal wpadła na Pottera, sterczącego ze strapioną miną przed wejściem do komnat dziewcząt.
- Minny…
- Daj mi spokój – syknęła i nim ktokolwiek zdążył cokolwiek zrobić wybiegła z Wieży Gryffindoru.


- Więc… To jest perz – powiedział znudzonym głosem Parkinson, wskazując swojemu młodszemu koledze obrazek w książce. – Kłącze perzu jest składnikiem mieszanek moczopędnych.
Czwartoklasista zachichotał pod nosem jak dziewczyna i Tomas właśnie zdał sobie sprawę, że tego dzieciaka po prostu nie da się lubić.
- Może na tym skończymy? – zaproponował z nadzieją.
- Nie.
- Proszę…
- Siedź cicho i słuchaj – warknął starszy Ślizgon. – Perz ma składniki osmodiuretyczne, tak?
- Noo…
- Co to za składniki, Fofly?
I jeszcze to głupie nazwisko. Foflewiusz Franklin Ferdat. Parkinson, za każdym razem gdy patrzył na tego chłopaka, dziękował swoim rodzicom, że nie mieli potrzeb dowartościowywania swojego rodu kosztem dziecka.
- Co to za składniki?
- Noo… Nie wiem – odpowiedział z szerokim uśmiechem Foflewiusz Franklin.
- Jak to nie wiesz?
- Pędy?
- Składniki, Fofly! Składniki. Skup się.
- Noo…
- Mannit. Coś jeszcze?
- Nie?
- Jeszcze sorbit – dodał Tom i zamknął księgę. – Dopóki tego nie przeczytasz i nie nauczysz się teorii, nie mamy o czym rozmawiać. Nauczyciel powie to samo.
Parkinson rzucił opasły tom na fotel i opuścił Pokój Wspólny. Dormitorium całe szczęście było puste, więc miał nadzieję, że wreszcie odpocznie. Położył się na łóżku, nie zawracając sobie głowy nawet zdjęciem butów i zamknął oczy, rozpoczynając cichą medytację.
- Tom, możemy porozmawiać? – usłyszał cichy głos Marii.
- Co ty tu robisz? – spytał i spojrzał na dziewczynę zmęczonym wzrokiem. – Chciałem się zdrzemnąć, jestem wykończony.
Pool weszła niepewnie w głąb pokoju, zamykając przedtem drzwi i usiadła na skraju łóżka Thomasa, nie podnosząc wzroku. Była dość blada i zachowywała się wyjątkowo dziwnie. Ślizgon obserwował ją przez chwilę spod półprzymkniętych powiek. Niemal niedostrzegalnie drżały jej dłonie, co próbowała ukryć, zaciskając je w pięści.
- Co się stało?
- Pamiętasz, jak opowiadałeś mi i McGonagall o wypadku pani Hamilton? – zapytała w końcu słabym głosem. – Kto to zrobił?
Tom westchnął ciężko i usiadł koło dziewczyny, przytulając ją do siebie. Miał już serdecznie dość tej głupie Gryfonki, wścibiającej nos w nie swoje sprawy. Od jakiegoś czasu przestała się regularnie spotykać z Marią, ale jak widać znowu sobie o niej przypomniała.
- Lepiej żebyś się tym nie interesowała – szepnął i pocałował ją w policzek. – Zapewniam cię, że mogę ci znaleźć wiele ciekawszych…
- Dlaczego?
Maria spojrzała na chłopaka z wyrzutem. W jej oczach było coś nieodgadnionego, coś co nie pozwalało traktować jej pytania żartobliwie. Tom nie potrafił powiedzieć, co w tej chwili czuje, ale automatycznie odsunął się od Ślizgonki i poczuł falę zimna z jej strony. Odgradzała się od niego, tworzyła dystans, tak jakby chciała się go pozbyć.
- Maria, o co chodzi? Nie podoba mi się to.
- Zaczęła krzyczeć na górze, prawda?
- Co ty pleciesz?
- Krzyczała na górze – powtórzyła cichym, odległym głosem Maria. – Oni ją zabili, prawda?


- Jesteś niestabilna emocjonalnie – zawyrokował Potter, kiedy udało mu się już dogonić Minerwę i wciągnąć ją do pustej sali. – Jak ktoś taki może być prefektem?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Posłała mu tylko obrażone spojrzenie i odwróciła się do niego plecami, wpatrując się teraz w okno i próbując zachować resztki godności.
- Minny, co się dzieje? Płakałaś?
- Nie – skłamała, a w duchu pomyślała, że tylko faceci mogą być tak głupi, żeby pytać o tak oczywiste rzeczy. Bo łzy na jej policzkach i zaczerwienione oczy, na pewno było związane ze ślęczeniem nad książkami.
- Przecież widzę…
- No coś ty!? – odwróciła się gwałtownie, ale jej głos przypominał teraz jedynie pisk myszy, co jeszcze bardziej ją zirytowało.
Dziewczyna przemaszerowała przez całą salę i usiadła na krześle za katedrą. Prześlizgnęła się wzrokiem po pustych ławkach i w końcu zatrzymała spojrzenie na Haroldzie, który stał oparty o ścianę, jakby pilnował drzwi.
- Nie ucieknę – westchnęła. – Czego ty ode mnie chcesz?
Harold nie spieszył się z odpowiedzią. Przemaszerował przez środek klasy, nie spuszczając wzroku z dziewczyny, aż w końcu stanął naprzeciw niej, po drugiej stronie biurka.
- Co się stało?
- Dam sobie radę.
- Nie pytam cię czy dasz sobie radę, czy nie, ale co się stało. Dziwnie się zachowujesz. Znowu się na mnie obraziłaś? Co tym razem naopowiadał ci paniczyk Hamilton? – spytał z ledwo wyczuwalnym żalem.
Minerwa zaczęła bawić się piórem pozostawionym przez któregoś z nauczycieli na stole. Wzmianka o Hamiltonie ją zdziwiła. Najwidoczniej Harold wciąż jeszcze miał do niej żal, albo po prostu nie wyjaśnili sobie wszystkiego do końca.
Kolejną sprawą, która nie dawała dziewczynie spokoju był brak kontroli nad własnymi emocjami. Tego Minny nie była w stanie zrozumieć, ani racjonalnie wytłumaczyć. I chociaż bała się powiedzieć tego na głos, przyczyną jej rozterek był stojący przed nią Potter.
Minerwa spojrzała na niego niepewnie. Zawsze jej się wydawało, że tego typu faceci są dla ślicznych, przeciętnych intelektualnie, lecz nie głupich, dziewczynek. Na pewno nie dla niej. Tacy mężczyźni nie pasowali do Minerwy, a raczej to ona nie była zbyt odpowiednia dla nich.
- Halo, Minny, tu ziemia…
- Co tam u twojego brata? Pewnie cieszy się z narodzin córeczki? – zmieniła szybko temat, co tylko rozdrażniło Pottera.
- Możemy rozmawiać jak dorośli ludzie?
Problem panny McGonagall tkwił właśnie w tym, że wcale nie czuła się dorosła. O wiele bardziej dorosła była w wieku dwunastu lat, kiedy odbierała nagrodę w szkolnym konkursie transmutacji, niż teraz. Czuła się jak mały znicz ze złocistymi skrzydełkami, który spoczywa w rękach złego członka drużyny. Piłeczka chce się wyrwać, potrzebuje wolności i niezależności, ale z drugiej strony jakaś niezależna moc trzyma ją w uścisku i nie pozwala odetchnąć pełną piersią. I nie jest to ciepła, dobrze znana i bezpieczna dłoń szukającego.
- Chodzi o Feliksa – powiedziała w końcu, aby już dalej nie kłamać. Bo przecież nie skłamała. Po prostu dokonała selekcji faktów. Brzmiało to o wiele lepiej niż bezsensowna pretensja z cyklu „coś ty wyprawiał z Terpols!?”.
- Oczywiście – Harold skrzywił się i odwrócił się tyłem, opierając się o katedrę w taki sposób, że Minny mogła co najwyżej popatrzeć na jego plecy. – Zawsze chodzi o Hamiltona. Rodzice już cię z nim zaręczyli?
- A ciebie z Ursulą? – odpowiedziała machinalnie, nim zdążyła się ugryźć w język.
Potter odwrócił się od razu i spojrzał ze zdziwieniem na Minerwę, która z miną dziecka czekającego na naganę, wpatrywała się w złamane w jej dłoniach pióro.

Izolda rozejrzała się po Pokoju Wspólnym i oceniła sytuację. Przed kominkiem troje pierwszaczków powtarzało materiał z zaklęć, jakaś para okazywała swoje jakże gorące uczucia na kanapie, a w kącie przy stoliku dwie pochylone Gryfonki szeptały o czymś zawzięcie.
- Co ty kombinujesz? – spytała Jamie, wychylając się zza pleców przyjaciółki.
- Nie sądziłam, że ten dzień kiedykolwiek nastąpi – szepnęła tajemniczo Strawbeer. – Ale skoro nadszedł…
- Chyba nie rozumiem –westchnęła Jamie i podążyła za wzrokiem koleżanki. – Oho. Dziewczyny z drużyny.
- Ta druga mnie nie interesuje – stwierdziła Iz i szybkim krokiem ruszyła w tamtą stronę.
Gryfonki nie były zbyt szczęśliwe, kiedy cień drobnej sylwetki Izoldy padł na stół.
- Ursulo, kochana, jak ty ładnie wyglądasz!
- Yyy… Dziękuję – uśmiechnęła się wymijająco Terpols. – Pomóc ci w czymś?
- Myślałam, że wiesz może, gdzie jest Harold Potter. Wszyscy szepczą, że łatwo was teraz zobaczyć razem – dodała konspiracyjnym tonem Izolda i zauważyła, że policzki Ursuli poróżowiały.
- Poszedł coś załatwić.
- Tak?
- Tak.
- I nie mówił nic gdzie dokładnie idzie?
- Pewnie po kwiaty dla Ursuli – dodała szybko druga dziewczyna, śmiejąc się rozkosznie.
Izolda pokiwała ze zrozumieniem głową i szybko wróciła do siedzącej przed kominkiem Jamie. Hilt nawet na nią nie spojrzała, zbyt zajęta czytaniem…
- Czytasz „Mądrego czarodzieja”?! – Izolda była w szoku.
- Noo… Leonard poleciał mi taki ciekawy artykuł…
Strawber wpatrywała się w przyjaciółkę przez dłuższą chwilę, próbując dojść do siebie.
- Ja jestem w stanie wiele zrozumieć. Ale to jest niemożliwe, że wszystkie musiałyście zakochać się w tym samym czasie… - westchnęła, na co Jamie roześmiała się tylko.
- Czas na ciebie.
- Nawet Minny… Właśnie. Terpols leci na Pottera – szepnęła Iz.
- Wiem. Wszyscy wiedzą.
- Ale nie wiadomo, czy to działa w dwie strony – uśmiechnęła się tajemniczo. – Jeśli nie, to…
- Izoldo, przywołuję cię do porządku – przerwała jej Jamie. – Jeśli Haroldowi na niej zależy to Minerwie nie pozostaje nic innego, jak tylko płakać w poduszkę i czekać aż jej przejdzie.
- Nie wierzę, że chcesz zafundować taki los swojej przyjaciółce – warknęła oburzona dziewczyna. – Po prostu nie wierzę.
- Lepsze to, niż oszukiwanie samej siebie. Poza tym… Mam przeczucie, że wszystko potoczy się po swojemu i lepiej się w to nie wtrącać.
- Co ma być to będzie?
- Coś w tym stylu – zgodziła się Jamie, nieśmiało zerkając w stronę wejścia do dormitoriów chłopców.

Maria szybko weszła do klasy, z której dobiegały głosy Harolda i Minerwy.
- Cześć.
McGonagall odetchnęła z ulgą i szybko podeszła do koleżanki, udając, że nie czuje na sobie zaciekawionego spojrzenia kolegi.
- Właśnie chciałam powiedzieć Haroldowi o tym, co… wymyśliłyśmy – poinformowała Ślizgonkę Minerwa.
- Rozmawiałam z Thomasem – szepnęła Pool. – Nie uwierzysz, ale… Heraklita Malfoy zna całą prawdę. Całą.
Potter obserwował dziewczyny z pewnej odległości. Czuł się jak widz, który wszedł do teatru w połowie przedstawienia. Jednocześnie nie mógł ukryć dziwnego uczucia satysfakcji, kiedy widział jak bardzo Minny stara się udawać, że wszystko jest w porządku. Stała wyprostowana, jak zwykle dumna, z poważną miną. Jej duże, niebieskie oczy były skupione na Marii, żeby tylko nie spojrzeć w kierunku chłopaka. Gryfon uśmiechnął się pod nosem.
- Wtajemniczycie mnie w końcu?
- Życie pani Hamilton to nic innego jak stek kłamstw. To była… To była bardzo zła kobieta – powiedziała pewnym głosem Maria.
Minny zauważyła, że koleżanka jest blada jak ściana. Mówiła powoli, z rozwagą, jakby każde słowo miało znaczenie.
- Parkinson ci to wszystko powiedział?
- Tak.
- Skąd wiesz, że nie kłamał? – wtrącił się Harold, ale napotkał wściekłe spojrzenie Ślizgonki i zaraz tego pożałował.
- Pani Hamilton zrobiła w życiu wiele złego. Wielu arystokratów, aby umocnić swoje wpływy posuwa się do rzeczy nie zawsze moralnych. Kwestia uzależniania od siebie finansowo to jedno, szantaże… To norma.
- Niestety tak – przyznał Harold. Nasłuchał się w swoim życiu wystarczająco wiele tego typu historii, żeby przeczyć teorii dziewczyny.
- Ale pani Hamilton popełniła kilka błędów. Takich, których nie można puścić w niepamięć ot tak sobie.
- To znaczy?
- To znaczy… - Maria nerwowo zachichotała. – Właściwie Tom niczego mi nie powiedział poza tym, że matka Feliksa miała romans w wieku siedemnastu lat z kilka lat starszym nauczycielem starożytnych runów.
- Super – roześmiał się Harold. – To faktycznie tragedia!
- Podobno nauczyciel zmarł kilka miesięcy przed nią. I wcześniej obłożył ją klątwą. Tak powiedziała panna Malfoy na Nokturnie.
- To tylko plotki – Harold wzruszył ramionami i chciał wyjść, ale Minerwa poprosiła go, żeby został.
- Malfoy będzie zaraz w zamku. Dyrektor miał z nią umówione spotkanie. Wystarczy, że zmusimy ją do mówienia.


Eli.


komentarze [6]

25. Wiosna >> wtorek, 18 listopada 2008 09:56:36


Nie lubię myloga. Po prostu nie lubię.
__________


Tajemnice życia uczą sztuki milczenia

Seneka


* * * * * * * *



Felicja westchnęła ciężko i przewróciła kolejną stronicę książki. Nie była w stanie skupić się na nauce, kiedy zgromadzeni dookoła niej Gryfoni śmiali się i żartowali, ciesząc się z nadchodzącej wiosny. Przez witraże w oknach wpadały do Pokoju Wspólnego ranne promienie słońca, tworząc na podłodze piękny kobierzec kolorów.
- Cześć.
Chererloom podniosła głowę i ujrzała, stojącego nad nią Gilberta. Chłopak patrzył na nią spokojnie swoimi brązowymi oczami, w których odbijało się światło, delikatnie mrużąc przy tym oczy i Felicja pomyślała, że przypomina jej teraz wiecznie zaspanego Heyley’a Longbottoma z drugiego roku. Gilbert stanął akurat na drodze wielobarwnych promieni, wdzierających się do środka Wieży Gryffindoru i teraz na jego twarzy pojawiła się błękitno-zielona poświata. Dziewczyna nie potrafiła ukryć uśmiechu.
- Co słychać? – spytała, nieświadomie zaciskając dłonie na okładce książki, jakby to miało ją uratować przed puszczeniem swoich emocji wolno.
- Właściwie to…
- Clearwater! Chodź tu, bo ominie cię najwspanialsza rozgrywka Szachów Czarodziejów w dziejach Hogwartu! – krzyknął nagle Dorian Flewer i Felicja pomyślała, że najchętniej zdzieliłaby go swoją książką w łeb.
- Zaraz przyjdę – odpowiedział bez entuzjazmu prefekt, nawet nie odwracając się w kierunku kolegi. – Może potem… Jak już skończysz się uczyć… - zwrócił się na nowo do Felicji.
- Tak?
- Może pójdziemy na błonia? Jest śliczna pogoda. Wiosna.
Cheerloom poczuła jak jej serce zaczyna bić szybciej, a ona nie może nad tym zapanować. Uśmiechnęła się lekko i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w Gilberta z lekkim niedowierzaniem. Dopiero, kiedy ten odchrząknął znacząco, zorientowała się, że chyba powinna mu odpowiedzieć. Tymczasem chłopak zaczął powoli wycofywać się z propozycji.
- Rozumiem, że masz dużo nauki…
- Nie! – przerwała mu natychmiast, lekko podnosząc się z fotela, aby chwilę później, będąc już zupełnie zawstydzoną, móc na nim usiąść. – Pójdziemy na spacer po obiedzie? Wiosna.

Minerwa nie spała dobrze. Po przebudzeniu czuła się koszmarnie i patrząc w lustro musiała niestety to samo stwierdzić na temat swojego wyglądu. Nigdy się tym jednak nie przejmowała, więc teraz także ograniczyła się do przemycie twarzy zimną wodą i ubrania się w długą, ciemną szatę. Włosy, starym zwyczajem, związała w ciasny kucyk i czym prędzej opuściła dormitorium.
Dziewczyna czuła jak mocno bije jej serce, jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi i upaść na kamienną, zamkową posadzkę. Na samą myśl Minerwa wzdrygnęła się i skrzywiła się z niesmakiem.
Całą noc rozmyślała, a kiedy tylko udało jej się na chwilę zasnąć, wciąż miała przed oczami głęboką przepaść i słyszała ten sam, cichy, szeleszczący głos.
Minny znalazła się już w korytarzu przed Wielką Salą, kiedy zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia dokąd idzie. Musiała z kimś porozmawiać. Podzielić się swoimi przemyśleniami. Ale z kim? Maria Pool powinna była być odpowiednią osobą. Razem zaczęły swoje małe śledztwo w sprawie Hamiltona. Ale ostatnio Ślizgonka nie miała już na to czasu, spędzając każdą wolną chwilę poza zajęciami na spotkaniach z Parkinsonem albo na powtarzaniu materiału do egzaminów. Obowiązki prefekta także zajmowały jej sporo miejsca w grafiku. Teoretycznie Minny mogła iść do Izoldy, która została wtajemniczona w całą sprawę. W praktyce jednak McGonagall wolała iść do kogoś innego.
Kiedy tylko dziewczyna weszła do Wielkiej Sali, ujrzała Harolda Pottera siedzącego przy stole Gryffindoru i zajadającego się owsianką. Był ubrany w białą koszulę z podwiniętymi finezyjnie rękawami, kontrastującą z jego ciemnymi włosami, sterczącymi jak zwykle na wszystkie strony. Minny uśmiechnęła się na ten widok. Wiosna powoli przedzierała się przez potężne, zamkowe mury, a w szkole nagle zapanowało radosne ożywienie. Potter opowiadał o czymś z pasją, siedzącej po drugiej stronie stołu Ursuli, tylko czasami robiąc sobie przerwę na kolejną łyżkę owsianki. Minny powoli szła w ich kierunku, obserwując chłopaka. Ursula, która dopiero co została kapitanem drużyny w zastępstwie Harolda, chłonęła każde jego słowo. Minny nagle zatrzymała wzrok na młodszej koleżance.
Nie była ładna. Brzydka też nie. Ze swoimi prostymi włosami w kolorze ciemnego blondu i miłą twarzą dziewczyny z sąsiedztwa, wpasowywała się w szary tłumek takich jak ona. Jednak było w niej coś, co spowodowało, że Minerwa poczuła lekkie ukłucie w okolicach serca. W zielonych oczach panny Terpols iskrzyły się małe gwiazdeczki, które sprawiały, że jej twarz nabierała niesamowitego blasku. Wystarczyło kilka mrugnięć i Ursula mogłaby oczarować pół świata. Na jej policzkach widać było delikatne rumieńce, z ust nie schodził figlarny uśmieszek. Ursula była ubrana w kwiecistą sukienkę z dość dużym dekoltem i McGonagall musiała przyznać, że Gryfonka wygląda naprawdę olśniewająco.
Minny patrząc na tę parę młodych, pięknych ludzi, w których było widać pasję życia, poczuła, że w jakiś sposób tam nie pasuje. Spojrzała na swoją długą szatę w ciemnym, ciężkim kolorze, zupełnie nie pasującym do ogólnego nastroju. Pomyślała o cieniach pod oczami i swojej surowej minie. A potem nie mogąc się pozbyć trudnego do zidentyfikowania uczucia, wypełniającego ją od stóp do głów, po prostu odwróciła się na pięcie i stamtąd uciekła, mimo że w tym samym momencie na jeden ułamek sekundy jej oczy napotkały wzrok Harolda.

- Maria!
Ślizgonka odwróciła się i ujrzała, biegnącą w jej kierunku Minerwę McGonagall. Dziewczyna wyglądała na bardzo zdenerwowaną i rozkojarzoną, co bardzo rzadko jej się zdarzało. Właściwie prawie nigdy.
- Cześć, coś się stało?
- Musimy porozmawiać – powiedziała Minny i ruszyła w stronę wielkiego, rozłożystego dębu.
Maria posłusznie poszła za koleżanką. Usiadła na wciąż jeszcze chłodnej ziemi i wystawiła twarz w stronę słońca.
- Słucham.
Minerwa przez chwilę nie odpowiadała, wpatrzona w odległą taflę jeziora. Dopiero po chwili zamrugała oczami, jakby wracała do rzeczywistości i usiadła obok panny Pool. Rozejrzała się, czy nikt nie idzie, a potem nachyliła się w stronę dziewczyny.
- Harold by mnie nie oszukał – powiedziała cichym, acz stanowczym głosem i Ślizgonka spojrzała na Minny jak na wariatkę.
- Chyba nie do końca rozumiem…
- Ja… - Minerwa zmieszała się trochę. – Ja myślałam, że wtedy, kiedy…
- Tak?
- Że Harold nie chce, żebym spotykała się z Feliksem. No nieważne…
- Ważne – roześmiała się Maria. – Po raz pierwszy w życiu słyszę, żeby żelazna dziewica Gryffindoru plątała się w zeznaniach.
McGonagall spojrzała na koleżankę z dziwnym smutkiem. A więc to tak? Tak o niej wszyscy myślą? Że nic nie czuje, tylko siedzi nad książkami i wydaje rozkazy? Przecież była normalna. Taka jak pozostali uczniowie. Potrafiła śmiać się i żartować. Miała przyjaciół, za których byłaby gotowa dać się pokroić na kawałeczki. Miała swoje pasje i marzenia. Smutki i żale. Jej też czasami było tak źle, że chciała krzyczeć i rzucać talerzami.
- Ej, co ci jest? – zaniepokoiła się Maria, widząc minę dziewczyny. – Nie chciałam cię urazić. Ja tylko żartowałam.
- Nieważne – Minerwa próbowała przywołać na twarz uśmiech, ale wyszedł jej tylko nic nie znaczący grymas. Zacisnęła więc usta w wąską kreskę, czując kolejną falę smutku i bezbrzeżnego żalu. – Nie o tym chciałam rozmawiać czy uważasz, że jestem…
- Ja tak nie myślę – przerwała jej stanowczo Pool. – Powtórzyłam głupi, ślizgoński żarcik, stworzony przez osoby, które cię nie znają, więc nie powinnaś się tym przejmować.
- Nie przejmuję się – skłamała Minny. – Możemy wrócić do tematu?
Pool oparła się o drzewo i spojrzała w czyste, błękitne niebo.
- Możemy. Tylko niech to będzie coś lekkiego i przyjemnego.
- Nie będzie. Pamiętasz jak Kettler mówił, że na balu u Hamiltonów słyszał kawałek rozmowy Lily Hamilton z jakimś mężczyzną?
Maria spojrzała na koleżankę, mrużąc oczy, a na jej twarzy widać było niezadowolenie.
- Ja się już tym nie zajmuję. I ty też nie powinnaś. Daj Feliksowi spokój.
- Nie! Chodzi mi tylko o to, że wtedy kiedy Lily rozmawiała z…
Maria wstała i zaczęła oddalać się w stronę zamku, rzucając na odczepnym, że nie chce tego słuchać. Ale Minny, jak rzadko kiedy, wiedziała, że może mieć rację i musiała koniecznie z kimś porozmawiać. Szybko dogoniła Ślizgonkę i zabiegła jej drogę.
- Zaczekaj! Nie musisz nic robić, tylko mnie wysłuchaj. Proszę.
Pool nie była przekonana, ale nie ruszała się z miejsca, więc Minny uznała to za niewielki, ale jednak, sukces.
- Na balu było mnóstwo ludzi, którzy mieli motyw, żeby zabić panią Hamilton. Mnóstwo! Nie była święta, prowadziła swoją dziwną politykę opartą na wykorzystywaniu ludzi. Ale… Jest jeden powtarzający się element. Nieznajomy mężczyzna.
- Oszalałaś – stwierdziła Pool.
- Nie. Arystokracja zna wszystkich. Na przyjęciach, w operze, na aukcjach… wszędzie pojawiają się ci sami ludzie. To nazwiska osób, które mają wielkie majątki, wielkie wpływy i ogromny dorobek na rzecz magicznego świata. Mi też było dane się w nim urodzić i wiem, że wszyscy się znają. To elita, zamknięte hermetyczne środowisko. Jeśli wchodzi do niej ktoś nowy, nie może to ujść uwadze pozostałych. Od razu pojawiają się plotki i ploteczki…
Maria, która do tej pory wpatrywała się w koronę pobliskiego drzewa, zaczęła się otwarcie przysłuchiwać opowieści Minny.
- Tom mówił, że ktoś oblał Malcolma szampanem. Sądzisz, że Malfoy nie zapamiętałby kto to zrobił? Lily rozmawiała z jakimś mężczyzną… Rozmawiała o innej kobiecie. O kobiecie, która została postawiona przed jakimś wyborem. Nie sądzisz, że to mógł być ten sam czarodziej?
- Ale…
- Heraklita odstawiła szopkę na tym balu. Dlaczego? Można o niej mówić wiele, ale na pewno nie to, że ma skłonności do robienia z siebie idiotki, na Merlina!
- Powiedz mi lepiej, co ci się zrodziło w tej gryfońskiej głowie? – spytała niby od niechcenia Maria, ale w jej oczach widać było żywe zainteresowanie.
- Heraklita powiedziała Haroldowi, że brat Feliksa ją zniszczył – szepnęła podekscytowanym głosem Minerwa. – Zakochana kobieta cierpi, bo panicz Hamilton ma ją w nosie, dlatego się upija. Upija się, bo spotyka panicza Hamiltona na przyjęciu. Panicz Hamilton chce czegoś od swojej matki, ale ta się nie zgadza, o czym wie Lily…
- Oszalałaś? Feliks nie ma brata…
- Skąd taka pewność? – zapytała ostrym głosem Minerwa.
- Bo arystokracja wie o sobie wszystko? – Maria zaczęła przedrzeźniać głos Minny. – To światek, w którym nic się nie ukryje?
- Tylko, że on nie należy do arystokracji. Wychowywał się bez matki. Mezalians? Kiedyś chodziły plotki o przelotnych miłostkach pani Hamilton, wtedy jeszcze panny.
- I skąd miałby znać Heraklitę Malfoy? – Pool była niemal zrezygnowana. – Co?
- Słyszałaś może, o czymś takim jak… Nokturn?


Eli.


komentarze [8]

Przerywnik >> środa, 12 listopada 2008 01:28:59

Nie czas na głupie tłumaczenia. Po prostu miałąm w życiu trochę zamieszania. Ktoś ważny udowodnił mi, że wciąż jestyem małą, głupiutką dziewczynką, która nie wie o co chodzi w tym swiecie. Trudno. Teraz już się otrząsnęłam z szoku i wracam. Narazie daję tylko maleńki przerywnik. Lada dzień pojawi się cały rozdział - dziękuję tym, którzy czekają. Przepraszam, że tak długo.
Pozdrawiam, ściskam bardzo, bardzo mocno.
Eli.

______________________

- Minny?
Minerwa McGonagall stoi nad przepaścią i spogląda w dół. Nie widać dna, tylko ciemną otchłań.
- Ej!
Minerwa McGonagall ma białą sukienkę, a na ramionach koronkowy szal, który łopocze na wietrze.
- McGonagall do cholery!
Minerwa zamyka oczy i liczy do trzech, a potem chce skoczyć. Wie, że skoczy. Raz… Dwa…

Minerwa podniosła powieki i gwałtownie usiadła na łóżku, nieomal nie zrzucając z niego Izoldy, która siedziała na samym skraju, pochylając się nad koleżanką.
- Spokojnie, Minny… To tylko zły sen – mówi cicho Iz i uśmiecha się łagodnie.
Minerwa przez chwilę wpatrywała się w nią otępiałym wzrokiem, nie do końca rozumiejąc co się dzieje. Leżała w znajomym, gryfońskim łóżku z czterema kolumienkami, pomiędzy którymi rozwieszone były kotary w kolorze burgunda, wciąż jeszcze zasłonięte i chroniące prywatność dziewczyny. Przynajmniej tego była pewna.
- Obudziłam cię? – spytała McGonagall.
- Tak. Krzyczałaś przez sen.
- Co takie…
- Nie wiem – przerwała jej Izolda i roześmiała się cicho. – Nic kompromitującego, jeśli o to ci chodzi.
Minerwa pokiwała głupio głową i znowu przytuliła twarz do poduszki. Próbowała przypomnieć sobie, co takiego jej się śniło, ale przychodziło jej to z wielkim trudem. Gdzieś w jej głowie kręciły się strzępki informacji, których dziewczyna nie potrafiła ubrać w całość.
- Wszystko w porządku? – zapytała wciąż zaniepokojona Strawber.
- Tak. Chyba tak… Wierzysz w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny?
- Jasne. Skąd ci to nagle przyszło do głowy? Jest już dwunasta. To chyba nie pora na pogadanki filozoficzne.
Minerwa zamknęła oczy. Babcia McGonagall powtarzała zawsze, że życie to domino. Ktoś potrąca kogoś na ulicy i nagle cała lawina zdarzeń zostaje uruchomiona. Minny nie wiedziała, czemu akurat teraz, w środku nocy, przyszło jej to do głowy, ale myśl ta krążyła jak natrętna mucha. Przeznaczenie, Fortuna, ślepy Los… Ludzie, będący tylko pionkami w głupiej grze. Domino.
Minerwa wstała i podbiegła do toaletki, na której stał dzbanek z wodą. Nalała sobie szklankę i od razu łapczywie wypiła całą jej zawartość. Izolda przypatrywała się zdenerwowanej przyjaciółce z zaciekawieniem.
- Co się dzieje, Minny?
- Nic.
McGonagall spróbowała się uśmiechnąć, ale na jej twarzy pojawił się tylko dziwny grymas.
Domino. Nic nie dzieje się przypadkowo. Wszystko dzieje się po coś. Człowiek ma wrażenie, że panuje nad swoim losem, a tymczasem stąpa po prostu po kolejnych polach na planszy. I spotyka w życiu różnych ludzi. Czasem tylko na chwilę. Czasem tylko po to, by coś zrozumieć. By spojrzeć w czyjeś oczy. Usłyszeć czyjś głos.
- Minny!
McGonagall najpierw złapała się krawędzi stolika i po chwili łagodnie osunęła się na podłogę. Przez chwilę jeszcze słyszała odległy głos Izoldy, ale potem zawładnęła nią zupełna ciemność.

- Trzy… - szepnął jej do ucha cichy, niewyraźny, niemal szeleszczący głos. I Minerwa skoczyła .


Eli.


komentarze [2]

!!!!!!!!!!!!! >> piątek, 29 sierpnia 2008 02:01:54

Cholera jasna - wiem, zaczyna się pięknie. Ale... ech, już sama nie wiem. Muszę ponarzekać. Otóż:
1. dawno temu napisałam notkę - fajnie - ALE!
2. mylog nie funkcjonował (no, bo po co?) i np. o godzinie 12.00, 14.30 czy 21.00 wyskakiwało mi okienko, informujące o przerwie technicznej w godzinach 4.00 - 5.00
3. nie mogłam przez to dodać notki
4. nie mogłam odwiedzić niczyjego bloga, a co za tym idzie nie mogłam także nic skomentować.
5. i tak przez ponad 2 tygodnie !! (a że wakacje wykorzystywałam dość aktywnie to nie mogłam siedzieć całymi dniami i sprawdzać czy mylog łaskawie wejdzie czy nie)

6. zepsuł mi się komputer (wirus)
7. długo, długo czekałam, aż informatyk się zjawi, a potem...
8. wyczyścili mi dysk... :] --> reszty chyba nie muszę dodawać.

I TERAZ NAGLE MYLOG CHODZI!!

Czuję się zła, wściekła, sfrustrowana, etc. Włożyłam pracę w napisanie notki, a teraz będę musiała wszystko odtwarzać. I w ogóle jestem zła (przepadły mi też inne pliki, zapisane na dysku zdjęcia, itd.)

Musiałam się wyżalić. Postaram się szybko napisać kolejny rozdział i odwiedzić wszystkie blogi (szczególne wyrzuty sumienia mam wobec Verity/Nox?, ponieważ uwielbiam jej opowiadanie, a jakoś tak się skałada, że nie mam nigdy czasu na porządny, godzien autorki, komentarz. A jak mam to nagle mylog, chce mi zrobić na złość)

Życzę udanej końcówki wakacji.

Sfrystrowana ELI


Eli.


komentarze [5]

24. Niepewność >> czwartek, 17 lipica 2008 15:49:56

Mam depresję pomaturalną. Stąd opóźnienie. Poza tym wciąż jestem w rozjazdach i teraz wpadłam na chwileczkę, żeby wrzucić nowy ropzdział. Wracam w niedzielę wieczorem i wreszcie będę miała czas, żeby poodwiedzać Wasze blogi.
Póki, co pozdrawiam :)


Notkę dedykuję Acusiek w podziękowaniu za ocenę.
_____________________

24. Niepewność


Po wielu latach przyznaję, że byłem w błędzie, jeśli chodzi o Ewę. Lepiej jest bowiem żyć poza rajem z nią niż w raju bez niej.

Mark Twain



* * * * * * * *


- Minny…
Dziewczyna niechętnie otworzyła oczy i spojrzała zaspanym wzrokiem na Felicję, która właśnie pochylała się nad nią, klęcząc na brzegu łóżka. Minerwa przeciągnęła się z uśmiechem i dopiero po chwili zauważyła, że mina koleżanki wcale nie wyraża szczególnego zadowolenia. Podniosła się na łokciach i spojrzała na zmartwioną pannę Cheerloom, która teraz usiadła wygodnie, opatulając się kołdrą i zaczęła bawić się kosmykiem płomiennorudych włosów.
- Zaspałam? Czy coś się stało? – powiedziała słabym głosem McGonagall, rozglądając się po dormitorium, w którym nie było już pozostałych lokatorek.
- Za godzinę mecz. Wszyscy poszli, żeby zająć lepsze miejsca. Ale zdążymy – odparła cicho Felicja.
Minerwa przez chwilę patrzyła na wzór na kotarach, otaczających jej łóżko, próbując zebrać w myśli.
- Dobrze. To chyba trzeba wstać.
Niezdarnie wyszła z pościeli, o mały włos się nie przewracając, i zaczęła szukać jakichś ciepłych ubrań w kufrze.
- Jak można grać w taką pogodę? W lutym!
- To taki… przyjacielski mecz? – Felicja pokręciła głową. – Nic nie wnosi do rozgrywek międzydomowych, a ci wariaci z drużyny są szczęśliwi, że mogą sobie polatać.
- Wiem. Bo oni przecież nie myślą racjonalnie i nie biorą pod uwagę faktu, że mogą przymarznąć do miotły albo nabawić się zapalenia płuc – odpowiedziała Minerwa, po czym ziewnęła przeciągle i niechętnie ruszyła w stronę wyjścia. – Zostawiłam sweter w Pokoju Wspólnym…
- Przyniosłam ci go. Leży na komodzie – Felicja uśmiechnęła się delikatnie. – Pójdę sobie, żebyś mogła się przebrać. Zrobię nam jakieś tosty na drogę i spotkamy się przed wejściem do Wielkiej Sali.
- Dobra.
Minerwa spojrzała na wychodzącą koleżankę i uśmiechnęła się smutno.
- Felicjo, co się dzieje? Widzę, że coś cię męczy.
Gryfonka zatrzymała się w miejscu. Stała tak przez chwilę ze spuszczoną głową, nie odwracając się nawet do Minny.
- Rozmawiałam rano z Gilbertem. I jakoś tak mi teraz smutno…
- I co? – spytała Minny, siadając na skraju łóżka i z ciekawością spoglądając na plecy przyjaciółki.
- Ja nie potrafię rozmawiać z Gilbertem. Ty z Haroldem i Izoldą. Harold z Leonardem, a Jamie… - Felicja odwróciła się gwałtownie i podeszła szybko do McGonagall, kucając przy jej łóżku i z pełną determinacji i żalu miną spojrzała na panią prefekt. – Za kilka miesięcy kończymy szkołę. Niewiadomo czy się jeszcze kiedyś spotkamy wszyscy razem. Niewiadomo jak potoczą się nasze losy… Być może sytuacja polityczna będzie miała jeszcze większy wpływ na nasze życie, a kolejne, wprowadzane przez nowy rząd, prawa będą tak uparcie układać i uprzykrzać nam naszą codzienną egzystencję, że część z nas wyjedzie. Czytałaś „Proroka”, prawda? Tych kilku aresztowanych za rzekome machlojki to po prostu opozycja… - Felicja przerwała, żeby nabrać powietrza. – Boję się. Tego co będzie. I tym bardziej boli mnie fakt, że nie potrafimy razem… Być razem, po prostu. Cieszyć się z ostatniego momentu w naszym życiu, kiedy nie spoczywa na nas wielka odpowiedzialność. Kiedy możemy czerpać ile się da z każdego dnia. Nie chcę, żeby nasza przyjaźń tak się skończyła. Najpierw zwykłe nieporozumienia, potem wielkie kłótnie, wzajemne udowadnianie sobie nawzajem, Merlin jeden wie czego, a później… koniec. Tak jakby nigdy nic nas nie łączyło i jakbyśmy nigdy niczego nie przeżyli.
Minerwa patrzyła na Felicję jak zaczarowana. Nigdy w życiu dziewczyna nie otworzyła się przed nią tak bardzo. Nie opowiadała jej tak szczerze o swoich lękach i uczuciach. McGonagall poczuła się wyjątkowo dziwnie. Z jednej strony było jej strasznie głupio. Z drugiej czuła się szczęśliwa, że Cheerloom obdarzyła ją takim zaufaniem. Jednocześnie sama podzielała obawy przyjaciółki. Wciąż pamiętała o zdjęciu, które teraz leżało gdzieś na dnie kufra, a na którym byli wszyscy razem. Uśmiechnięci, zadowoleni z życia. Hogwart stał się ich nowym domem. Każdy z nich odnalazł tu swoje miejsce. I chociaż nie zawsze było łatwo i nie zawsze było pomiędzy nimi dobrze, to każdy Gryfon wiedział, że w chwilach kryzysowych może liczyć na drugiego.
- Felicjo… Nie wiem co ci powiedzieć. Ja też się boję. I też jest mi przykro, że tak to wszystko wygląda. Ale czasem to los decyduje za nas…
- Los próbuje decydować za nas, a my mu na to pozwalamy. Bo się boimy, bo nie ma w nas ducha walki. Taka jest prawda – poprawiła ją znów cichym i niepewnym głosem panna Cheerloom.

- Malcolm?
Heraklita przekręciła się na drugi bok i zobaczyła, że druga strona łóżka jest pusta. Podniosła się na łokciach i rozejrzała się po pokoju. Był bardzo mały. Właściwie znalazło się tu miejsce tylko na solidne łóżko, niewielki, okrągły stoliczek, stojący pod oknem i na średniej wielkości komodę. W kącie znajdował się kominek. Heraklita zauważyła, że krzesło, które wczoraj przewrócili, znów stoi na swoim miejscu, a na nim leży jej sukienka. W pokoju nie było śladu nikogo poza nią.
- Jak zwykle… - skrzywiła się kobieta i wstała.
Narzuciła na ramiona koc i wyszła na korytarz. Mieszkanie znajdowało się na poddaszu. Panowała tu prawdziwa duchota i unosił się zapach węgla. Ktoś musiał dopiero rozpalić w kominku.
Heraklita ostrożnie zeszła po schodach na parter. Już kiedy była w połowie drogi do salonu, usłyszała podniesione głosy mężczyzn. Uśmiechnęła się i wróciła do pokoju, aby po chwili zejść w pełni ubrana.
- Dzień dobry – uśmiechnęła się promiennie do Lumiera i do jego towarzysza. Małego, krępego człowieczka z burzą rudych loków na głowie.
- Och, kochanie, jak pięknie wyglądasz – Lumier wstał i skłonił się nisko. Był niezwykle wysoki i przewyższał kobietę o głowę. Jego radosne, jasne oczy wyrażały szczery zachwyt, a na chudej, pociągłej twarzy zawitał szeroki uśmiech. – Pamiętasz, Donalda Rogera?
Panna Malfoy obdarzyła mężczyznę niechętnym spojrzeniem i pokiwała głową. Nie była zachwycona wizytą dawno niewidzianego znajomego. Usiadła w starym fotelu i sięgnęła po szklankę herbaty, która jeszcze trzy minuty wcześniej należała do Lumiera.
- Panna z tak dobrego domu, w takiej melinie – zaśmiał się rubasznie Donald. – To prawie tak, jak…
- Jak pan, panie Roger, człowiek o tak złych manierach, w takim doborowym towarzystwie – przerwała mu i spojrzała na niego wyniośle. Czarodziej szybko stracił zainteresowanie arystokratką, a ona zwróciła się do Lumiera. - Nie widziałeś, Malcolma?
- Pewnie jest u ojca albo u Blanki. Od kilku dni spędza więcej czasu z nami niż z nią, więc chciał jej to wynagrodzić.
Malfoy zatopiła usta w herbacie. Gorzka, mocna, bez mleka. Tutaj nie pijało się innej, a ona szybko się do tego przyzwyczaiła, co nie zmieniało faktu, że herbata wciąż jej nie smakowała. Uśmiechnęła się do siebie. Właściwie z tą herbatą, było tak samo jak z jej związkiem ze Smithem. Nie odpowiadało jej to, że mężczyzna odchodził od niej każdego poranka i przypominał sobie o cnotliwej narzeczonej. Ale było w nim coś, co ją od niego uzależniało. I uparcie, skazując się na delikatną torturę, zgadzała się na trwanie w takim układzie.
- Lumier…
- Tak?
- Co sądzisz o ostatnim eseju Velertona? Wczoraj nie dałeś mi szansy nawet na chwilę rozmowy z Tobą – uśmiechnęła się tajemniczo. – Panna Tourtey do reszty zawróciła ci w głowie.
- Nie powiedziałbym – mężczyzna udawał obojętnego, ale po chwili pod wpływem badawczego spojrzenia Heraklity, uśmiechnął się. – Panna Tourtey jest bardzo głupiutka.
- I bardzo ładna – dodała szybko Malfoy. – I bardzo tobą zainteresowana.
- Cóż… miłość? To tylko magiczna chwila
Zaklęta w jednym ruchu motylich skrzydeł.
Była, skończyła się. Zabrała wszystko i nie pozostawiła nic…
- Nigdy nie podobały mi się twoje wiersze – wtrącił się Donald. – Nic dziwnego, że nie możesz za nie wyżyć.
Heraklita zaczęła się głośno śmiać, a Lumier zrobił minę cierpiętnika.
- Nie martw się, przyjacielu. Nie ty jeden cierpisz na niedostatek.
- Ciebie to nie dotyczy, moja piękna – odpowiedział kobiecie.
- Skoro dane mi było urodzić się w takiej rodzinie, a nie innej, bardzo chętnie będę z tego korzystała – stwierdziła po prostu. – Lumier… Czy ty nie masz adresu ojca Malcolma?

Leonard nie zamierzał pojawić się na meczu. Gra w taką pogodę była dla niego niesamowitym idiotyzmem. Zadowolony z faktu, że wszyscy jego współlokatorzy przebywają obecnie na szkolnych błoniach, zamierzał wykorzystać wolne dormitorium na przećwiczenie kilku zaklęć. Niestety dość szybko przekonał się, że nie wychodzą mu one najlepiej. Zirytowany, odłożył w końcu różdżkę na szafkę nocną i położył się na łóżku. Nie mógł się na niczym skupić. Ani na formule, którą miał wypowiedzieć, ani na ruchu dłoni. Jego myśli błądziły w zupełnie innych rejonach, a wszystko, nawet ciche skrzypienie podłogi, niemiłosiernie go rozpraszało.
Leonard opuścił dormitorium i zszedł do Pokoju Wspólnego. Pomieszczenie było prawie puste. Jedynie w kącie siedziała grupka najmłodszych dziewcząt, szepczących o czymś cicho i co chwila wybuchających śmiechem. Kiedy zauważyły Strike’a, na chwilę ucichły. Rzuciły mu zaniepokojone spojrzenie i dopiero, gdy zobaczyły, że chłopak siada przed kominkiem i bierze się za czytanie porzuconego tam Proroka Codziennego, wróciły do rozmowy. Leonard faktycznie wpatrywał się w gazetę, ale nie potrafił skupić się na czytaniu.
Nagle do Pokoju Wspólnego wbiegła zdyszana Georgia Flowerty. Dziewczyna rozejrzała się dookoła i podeszła do Leonarda, stając naprzeciwko niego.
- McGonagall albo Clearwater? – spytała piskliwym głosem.
Strike skrzywił się. Nie cierpiał Gryfonki od dnia, w którym ją poznał. Fakt, że przysporzyła kłopotu jego przyjaciołom, kiedy rozpuściła kilka ciekawych plotek na ich temat, z czego zresztą była znana, tylko pogrążał ją w jego oczach.
- Widziałeś któreś z nich? – spytała szczerze wzburzona.
- Nie. Są na meczu. O co chodzi?
Dziewczyna otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć, ale po chwili zamknęła je i przygryzła wargi. W jej oczach było widać niezdecydowanie, które przyprawiało ją niemal o jakiś wewnętrzny ból.
- Nie wiem, czy powinnam…
- Jakoś wcześniej nie miałaś takich oporów – syknął Leonard. Ostatnio cały czas chodził podenerwowany i wystarczył głupi pretekst, żeby zaraz wybuchnął.
- Chodzi o Jamie Hilt i Federika Dowera. I komu, jak komu, ale akurat tobie nie powinnam o tym mówić – odparła buntowniczo.
Leonard po raz pierwszy w życiu zareagował szybciej niż pomyślał. Wstał i natychmiast znalazł się tuż przy boku Flowerty, ściskając ją mocno za ramię. Dziewczyna skrzywiła się i chciała się wyrwać, ale nie dawało to efektu. Kiedy spojrzała na wściekły wyraz twarzy Leonarda spokorniała.
- Zostaw sobie tego typu komentarze dla swoich koleżanek…
- A ty lepiej mnie puść i wróć do swoich książek – odcięła się młodsza koleżanka, dość obrażonym tonem. – Z tego, co wiem i z tego, co mówią nie widzisz świata poza nimi i inni ludzie cię nie interesują. Nie widzę, więc powodu, żebym musiała ci mówić, co takiego się stało i dlaczego twoja koleżanka teraz płacze w skrzydle szpitalnym.
Przez twarz Leonarda przemknął delikatny uśmiech. Georgia spojrzała na niego oburzona, ale on tylko pokiwał głową, wciąż rozbawiony skłonnością Flowerty do niespodziewanych zwierzeń, i szybko wyszedł z Pokoju Wspólnego. Na pierwszym zakręcie poślizgnął się i upadł na kamienną posadzkę. Okulary zsunęły mu się na nos, a jakaś stara wiedźma z obrazu zachichotała radośnie na ten widok.
Gryfon dotarł w końcu do skrzydła bez kolejnych wypadków. Stanął przed wielkimi drzwiami i w momencie, w którym miał już sięgnąć za klamkę, zawahał się. Przybiegł tutaj pod wpływem impulsu. Bo wydawało mu się to oczywiste. Jamie miała kłopoty i potrzebowała wsparcia. Ale czy na pewno jego? Czy to on był osobą, która powinna teraz przy niej być? Strike nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Wpatrywał się tępo w drzwi i walczył z własnymi myślami, które kotłowały się w jego głowie. Pomiędzy nimi znajdowało się jedno niewielkie wspomnienie. Chłopak uśmiechnął się smutno i sięgnął do kieszeni spodni. Zacisnął dłoń na delikatnym, białym piórku.
- Nie bądź tchórzem – szepnął sam do siebie.
Stanowczym ruchem zamierzał otworzyć drzwi, ale w tym samym momencie ktoś popchnął je z drugiej strony. W rezultacie Leonard prawie wylądował na podłodze. W ostatniej chwili udało mu się uskoczyć na bok.
Ze skrzydła szpitalnego wyszła Jamie. Nawet go nie zauważyła. Prawie biegła, co i raz pociągając nosem. Chłopak stał przez chwilę oszołomiony. Zamierzał już ruszyć przed siebie, kiedy drzwi otworzyły się ponownie, tym razem uderzając go z całej siły w ramię. Strike był coraz bardziej poirytowany. Posłał oburzone spojrzenie Dowerowi, który właśnie wymaszerował na korytarz.
- Uważaj jak chodzisz, fajtłapo – warknął Ślizgon.
Jamie, słysząc to, zwolniła, odwróciła się i dopiero teraz zauważyła Leonarda.
- Rozumiem, że szukałeś swojej szlamowatej koleżanki? – spytał Frederik i zaśmiał się sztucznie, rzucając urażone spojrzenie w stronę Hilt.
Leonard patrzył na chłopaka ze szczerą nienawiścią.
- Nie masz prawa jej obrażać – odpowiedział stanowczym głosem, wciąż trzymając się za obolałe ramię.
- A co? Myślisz, że tylko ty masz do tego prawo? – spytał rozbawiony Dower i nim ktokolwiek zdążył zareagować, Ślizgon oddalił się w stronę lochów.
Jamie stała kilka metrów dalej ze spuszczoną głową, wpatrując się w czubki swoich butów. Leonard podszedł do niej, ale nie wiedział co powiedzieć.
- Wiesz…
- Nic się nie stało – dziewczyna uśmiechnęła się smutno. – Wszystko w porządku. Nie widziałeś Minny albo Felicji?
Leonard nie odpowiedział. Miał do niej żal. Do niej i do samego siebie. Zbyt wiele rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatnich dni, które bezpośrednio ich dotyczyły, a oni nie potrafili o tym rozmawiać.
- Jamie…
- Przepraszam. Nie chciałam, żebyście pokłócili się z Haroldem. To nie moja wina.
- Wiem.
Stali w milczeniu na opustoszałym korytarzu, skrępowani swoją obecnością. Tak jakby byli zupełnie obcymi ludźmi, których nigdy nic nie łączyło. Hilt pierwsza przerwała tę ciszę, rzucając komentarz dotyczący meczu. Leonard spojrzał na dziewczynę. Znowu się uśmiechała. Szeroko, zabawnie marszcząc nos. W policzkach pojawiły się urocze dołeczki. I znowu była słodką dziewczyneczką, żywcem wyciętą z obrazków na pudełkach szamponów Forginsa. Jej uśmiechu nie dało się nie odwzajemnić, więc i kąciki ust Leonarda delikatnie poszły do góry. Gryfonka widząc to szybko odwróciła głowę i zaczęła opowiadać o tym, że zamyśliła się i wpadła na Dowera na schodach, spadając z kilku stopni. Strike słuchał jej niemal radosnego głosu, kiedy żartowała ze swojej nieporadności, rozglądając się po ścianach zamku i kiwając głową do niektórych postaci z obrazów na znak powitania. Jednak kiedy zatrzymali się na chwilę i Gryfonowi udało się spojrzeć w oczy dziewczyny, odkrył z łatwością, że ten radosny nastrój i spokój to tylko maska. Oczy Jamie były zmęczone i smutne. W kącikach wciąż jeszcze znajdowały się ślady łez. Szybko spuściła wzrok, ale Leonardowi wystarczyło to jedno spojrzenie, żeby zrozumieć.
- Jamie, to ja chciałem cię prze…
- Nie – przerwała mu stanowczo, jak nigdy dotąd. – Nie masz za co.
- Mam. Harold miał rację. Często zachowywałem się źle w stosunku do ciebie. Byłem… nadętym bubkiem – przyznał, krzywiąc się przy tym.
- Och, oczywiście, że nie jesteś nadętym bubkiem! – roześmiała się tym razem szczerze. – Po prostu… Masz trudny charakter.
Leonard oparł się o ścianę i spojrzał na przyjaciółkę, marszcząc czoło. Do tej pory myślał, że musiała być albo bardzo głupia, albo bardzo naiwna, skoro tak idealizowała wszystkich ludzi. Tymczasem ona po prostu szukała w nich tego, co najlepsze. Nie pozwalała, żeby słabości i codzienne humorki, dominowały nad dobrą stroną człowieka. Nigdy nikogo nie skreślała. W stosunku do każdego była niezwykle serdeczna i miła. Może chciała wierzyć, że ludzie są z natury dobrzy, a może po prostu nie umiała inaczej.
- Usprawiedliwiasz mnie – powiedział cicho, uważnie obserwując dziewczynę.
Stała naprzeciwko niego i bawiła się wstążką, którą była przepasana jej sukienka. Uśmiechnęła się pod nosem.
- Po prostu wolę ufać ludziom i dawać im do znudzenia szansę, nawet jeśli ktoś uważa to za naiwność, niż zranić drugiego człowieka brakiem wiary i zaufania – odpowiedziała.
Wyraz twarzy Strike’a pozostał tak samo niewzruszony jak przed chwilą. Nie potrafił i nie chciał rozmawiać o uczuciach. Bał się, że otwarta i pełna życzliwości Jamie, może go do tego zmusić. Może obnażyć jego ukryte lęki i słabości, a na to nie mógł sobie pozwolić.
- Leo, przecież jesteśmy przyjaciółmi – powiedziała zwyczajnie, ale po chwili zawahała się i spojrzała pytająco na chłopaka.
Gryfon wpatrywał się w nią nieprzeniknionym wzrokiem. W końcu uśmiechnął się delikatnie, jakby z ulgą. Odgarnął z twarzy Jamie irytujący kosmyk włosów, który co chwila zasłaniał jej na oczy. Dziewczyna dmuchnęła do góry, a lok zabawnie opadł na bok. Roześmiali się.
- Po prostu… Jest pani dobrym człowiekiem, panno Hilt.
- Dziękuję, panie Strike – odpowiedziała niezwykle poważnie, rumieniąc się lekko, kiedy zdała sobie sprawę, że zachowuje się jak kilkuletnia dziewczynka. Leonard spojrzał na nią z czułością.
– I nie przejmuj się Dowerem to…
- Nadęty bubek – uśmiechnęła się szeroko. - Wiem.

- Felicjo, stąd niczego nie będzie widać – skrzywiła się Minerwa.
Uczniowie już dawno zasiedli na trybunach, a Gryfonki przyszły jako ostatnie i nie mogły znaleźć żadnego dobrego miejsca. Cheerloom czuła się trochę osaczona. Co i raz ktoś potrącał ją i prosił, żeby się przesunęła. Tymczasem McGonagall rozglądała się dookoła z nadzieją, że któryś ze znajomych zajął im miejsce. Gilbert właśnie próbował uspokoić tłum Gryfonów, a Izolda siedziała pomiędzy trzema Krukonami, żartując i mrugając zalotnie oczami.
- Ta to nigdy nie przepuści okazji… - szepnęła Minny.
- Mówiłaś coś? – Felicja właśnie rozmasowywała sobie rękę, w którą przed chwilą została uderzona przez przechodzącego Puchona.
- Nie, nic.
- Stoimy w przejściu – skrzywiła się rudowłosa. – Zaraz nas zadepczą.
- McGonagall!
Dziewczyna podniosła głowę do góry i ujrzała Marię Pool, która machała do niej zza barierki. Dała jej znak, żeby do niej podeszła.
- Mamy miejsca – ucieszyła się Gryfonka i poprowadziła Felicję w stronę koleżanki. – Cześć. Nie wiem, czy miałyście okazję się poznać… Maria Pool. Felicja Cheerloom.
Felicja spojrzała niepewnie na Ślizgonkę, która bez oporu wyciągnęła w jej stronę rękę.
- Miło mi poznać.
- Mi też – przyznała Cheerloom, chociaż po jej głosie nie było tego słychać.
Dziewczyny usiadły pomiędzy Hamiltonem a Parkinsonem. Z tego miejsca można było z łatwością obserwować, co dzieje się na boisku.
- Nasi wygrają – stwierdził wesoło Thomas i spojrzał z wyższością na Minerwę.
- Jeśli myślisz, że mnie sprowokujesz, to jesteś w błędzie – Minny uśmiechnęła się do niego krzywo. – Poza tym i tak wiadomo, że Gryffindor zwycięży. Harold tak ich wytrenował, że nie mają innego wyjścia – dodała z dumą.
Maria usiadła pomiędzy nimi. Zgasiła spojrzeniem, uśmiech na twarzy Parkinsona.
- Po prostu nie chcę, żebyście się pozabijali – wyjaśniła.
- Oczywiście. W końcu pani prefekt gotowa jest wydrapać oczy każdemu, kto powie coś, co nie jest po jej myśli – zażartował Feliks.
Temperatura powietrza była bardzo niska. Minny zaczęła się trząść. Maria także, ale szybko rozwiązała problem, wyrywając rękawiczki z rąk Thomasa. Chłopak spojrzał na nią oburzony. Zapewne za chwilę zaczęliby się kłócić, ale na boisko wleciał kapitan drużyny Ślizgonów. Elean Rookwood zatoczył koło wokół boiska, powitany gromkimi brawami i radosnymi okrzykami, a za chwilę dołączyli do niego pozostali członkowie drużyny, przelatując nad tłumem uczniów.
- Szkoda, że Rookwood wystawił Higginsa. To kretyn. Nim zda sobie sprawę, że w jego stronę leci tłuczek, już dawno nim dostanie – skrzywił się Parkinson, na widok rudawej czupryny swojego kolegi.
- Przesadzasz - Maria przebiegała właśnie wzrokiem po trybunach, żeby sprawdzić, czy nikt nie zakłóca porządku. McGonagall uśmiechnęła się krzywo. Też dobrze znała „syndrom prefekta”. Gryfonka również rozejrzała się wokół siebie. Nic poza faktem, że Maria i Thomas trzymali się za ręce, nie zwróciło jej szczególnej uwagi.
- Ale Flavia Cooper… To jest dopiero szukająca – Feliks pokiwała z uznaniem głową. – Można popatrzeć na te jej sztuczki…
- I nie tylko na sztuczki – zaśmiał się Parkinson, ale po chwili syknął z bólu, kiedy Pool wbiła mu paznokcie w rękę. – Jesteś agresywna.
- Wydaje ci się – stwierdziła ze słodkim uśmieszkiem Maria. – A gdzie Gryfoni? Znowu się… - dziewczyna przerwała i spojrzała przepraszającym wzrokiem na Minerwą i Felicję.
- Pewnie Potter musiał rozdać autografy wszystkim swoim fankom – skrzywił się Feliks.
McGonagall udała, że interesuje się swoimi rękawiczkami.
- On przynajmniej ma te fanki – Felicja spojrzała na Hamiltona z niesmakiem. – Przepraszam was, ale widzę Jamie i Leonarda.
Cheerloom wstała i przeciskając się przez tłum uczniów, którzy zaczynali się coraz bardziej niecierpliwić, ruszyła w stronę przyjaciół, pozostawiając Minerwę ze Ślizgonami.
- Strasznie delikatna ta twoja koleżanka – zauważył Feliks.
Minny nie odpowiedziała, bo właśnie na boisku pojawili się zawodnicy Gryffindoru. Także nauczyciele zaczęli zajmować miejsca na trybunach. Oznaczało to, że skończyli rzucać zaklęcia, mające na celu otoczenie boiska magicznym polem w obrębie, którego powietrze było o wiele cieplejsze niż na zewnątrz. Dzięki temu gracze nie musieli obawiać się, że nie wytrzymają kondycyjnie do końca meczu. Wrzawa powoli cichła, ale zaczęły pojawić się coraz głośniejsze szmery i szepty.
- Co się dzieje? – spytała Maria, nie do końca wiedząc skąd to wzburzenie.
Minerwa wstała z miejsca i podbiegła do barierki. Na boisku naprzeciw siebie stały dwie drużyny. Dziewczyna raz jeszcze przemknęła wzrokiem po zawodnikach. Ursula Terpols, Dorian Flewer, Alastor Moody…
- Nie ma Harolda – szepnęła, mrużąc oczy i spoglądając w stronę wyjścia z szatni.
- Pewnie za dużo fan…
- Och, przymknij się – przerwała Hamiltonowi Gryfonka. Poprawiła szalik i skierowała się w stronę schodków, prowadzących w dół trybun.
- Minny, zaraz zacznie się mecz – zauważył cichym głosem Hamilton.
McGonagall odwróciła się i spojrzała w jasne, chłodne oczy Ślizgona. Była wściekła i szczerze oburzona jego obojętnością. Dziewczyna przypominała teraz jedną z antycznych heroin. Jej twarz z zimna i ze złości była prawie biała jak marmur, z czym kontrastowały jej ciemne włosy, których pasma wymykały się z koka i falowały delikatnie na wietrze. Niebieskie oczy dziewczyny nabrały dziwnej intensywności i Feliks gotów był cofnąć się pod jej spojrzeniem. Nie zrobił tego jednak, ale chwycił Minerwę za nadgarstek i uśmiechnął się uspokajająco.
- Zostań. On cię teraz nie potrzebuje.
- Nieprawda – odparła stanowczo, zuchwale unosząc głowę do góry.
- Wiesz, że jest obrażony. Widzisz jak cię traktuje. Nawet jeżeli teraz do niego pójdziesz, nie będzie chciał z tobą rozmawiać – tłumaczył jej cierpliwie Feliks, takim tonem jakby było to oczywiste. Minerwa zaczęła się wahać.
- Ale…
- On ma rację, McGonagall – wtrącił się Parkinson. – Potter nie będzie chciał z tobą gadać. I usiądźcie wreszcie, bo zaczyna się mecz i zasłaniacie.

Heraklita leżała na łóżku i wpatrywała się w małą karteczkę, na której widniało równe pismo Lumiera. Znała ten adres już na pamięć, ale mimo wszystko nie mogła oderwać wzroku od kawałka papieru. Wiedziała, że Malcolm nie chciał, aby mieszała się w sprawy jego rodziny, ale z drugiej strony intuicyjnie czuła, że powinna pojawić się w domu pana Smitha. Nie umiała zdecydować się, czy należało nazwać to zwyczajnym kaprysem, czy wewnętrzną potrzebą.
Drzwi skrzypnęły cicho i do maleńkiego pokoju na poddaszu wszedł młody Smith. Kobieta szybko zmięła kartkę w dłoni, by jej przypadkiem nie zauważył i uśmiechnęła się na powitanie.
- Gdzie byłeś?
Mężczyzna nie odpowiedział. Usiadł na skraju łóżka i z obojętnym wyrazem twarzy zaczął zdejmować wysokie buty.
- Malcolm, pytałam…
- Wiem – uciął. – Nie twoja sprawa.
- Jasne – czarownica skrzywiła się i przytuliła się do poduszki. – Jestem w końcu tylko twoją kochanką, która potrzebna jest ci tylko do jednego…
Malcom tego nie skomentował. Położył się obok niej, podpierając głowę na łokciu i zaczął jej się przyglądać, bawiąc się przy tym długimi lokami dziewczyny.
Tak bardzo różniła się od Blanki. Przewyższała ją pod każdym względem. Urodzenia, wykształcenia, urody. Panna Malfoy była arystokratką nie tylko z powodu tytułu. W jej subtelnej urodzie kryło się coś wyjątkowego i dostojnego. Duże, szare oczy, otoczone woalką grubych, ciemnych rzęs przywodziły na myśl szlachetne kamienie. Hipnotyzowały i uwodziły. Zielone oczy Blanki, nie przypominały mu niczego wzniosłego. Włosy w kolorze ciemnego blondu, chowane zazwyczaj pod chustką, nie mogły się równać ze złocistymi, miękkimi lokami Heraklity, w których mężczyzna uwielbiał chować swoją twarz. A jednak to z Blanką oficjalnie wiązał nadzieje na przyszłość mimo, że leżąca obok niego arystokratka zaskakiwała go wciąż swoją inteligencją, prowadziła z nim długie rozmowy o życiu i sztuce, rozumiejąc całkiem nieźle jego wewnętrzne rozterki. Blanka tego nie potrafiła. Wiedziała, że Malcolma cechuje wyjątkowa wrażliwość i zamiłowanie do sztuki, a ona nie jest w stanie tego pojąć. Życie nauczyło ją pragmatycznego myślenia. Kiedy Smith czytał książki, ona mogła jedynie siedzieć obok cicho i trzymać go za rękę.
- O czym myślisz? – spytała Heraklita, uśmiechając się delikatnie.
- Boję się – szepnął i pozwolił jej się do siebie przytulić. – Mam złe przeczucia.
- Stąd ten katastrofizm w twoich ostatnich wierszach? – raczej stwierdziła niż spytała Malfoy. Spojrzał na nią z rozbawieniem. – Nie jestem głupia.
- Wiem, że nie jesteś.
- Rozwiałam nawet na ten temat z Lumierem… Ale to nieważne – pocałowała go w policzek. – Nie myśl o tym wszystkim. To cię wyniszcza od środka.
- Tego jest zbyt wiele. Nie potrafię z tym żyć. Nie potrafię żyć z samym sobą – szepnął, a Heraklita poczuła, że wzdłuż kręgosłupa przechodzą ją dreszcze. – Mam świadomość, że krzywdzę wszystkich, na których mi zależy. Taki paradoks…
- Nie mów o tym. Proszę cię.
Kobieta uśmiechnęła się wymuszenie i zaczęła całować Smitha, żeby odpędzić jego złe myśli.
- Zapomnij o rodzicach. O Blance. O wszystkim dookoła. Oni nam nie są potrzebni, dlatego…
- Nie umiem. Zrozum, że to jest silniejsze ode mnie. Ostatnio bardzo dużo myślę o swoim życiu. O tym, że to wszystko jest bezsensu. Patrzę na ojca, jak umiera i nie potrafię poradzić sobie z tym, że nie mogę mu pomóc. Bezsilność jest najgorsza. Myślę o matce… Gdyby nie choroba ojca…
- Malcolm, błagam cię. Zostaw to.
Heraklita wstała i zaczęła w pośpiechu chodzić po pokoju. Mężczyzna obserwował ją z delikatnym uśmiechem, który przywodził na myśl uśmiech szaleńca. Kobieta spojrzała na niego z rozpaczą.
- Nie mogę cię stracić – szepnęła.
- Lita, chodź tu do mnie – Smith wyciągnął do niej dłoń. Uścisnęła ją z całej siły, aż czarodziej skrzywił się z bólu. – Liczy się to, że teraz jesteśmy razem, tak?
- Obiecaj mi, że nie zrobisz żadnego głupstwa – poprosiła kobieta. – Będę przy tobie. Nawet, gdybym miała być zawsze tą drugą, ale… Obiecaj mi.
Malcolm uśmiechnął się i delikatnie pocałował Heraklitę.
- Przecież doskonale wiesz, że zawsze byłaś tą pierwszą.
- Malcolm, obiecaj…
- Cii… - uciszył ją kolejnym pocałunkiem.

Zaczął się mecz. Z trybun dochodziły radosne okrzyki, zagrzewające obie drużyny do walki, a ponad tym hałasem unosił się stanowczy głos komentatora. Chłopak, który komentował mecz znał się na rzeczy. Zwracał uwagę na najważniejsze i najciekawsze akcje, a w momentach, gdy nie działo się nic ciekawego, opowiadał ciekawostki z historii sportu. Uczniowie słuchali go z przyjemnością, nie odrywając jednocześnie wzroku od szybujących kafli i tłuczków oraz oczywiście od graczy. Kolejne zwody i uniki udowadniały, jak dobre drużyny stanęły dziś w szrankach przeciw sobie. Ślizgoni znani byli ze świetnej taktyki, Gryfoni ze wspaniałych zwrotów akcji i szybkiego reagowania. Dziś jednak zarówno taktyka Gryffindoru, jak i szybkość i improwizowane akcje Slytherinu były na równym poziomie. Nauczyciele także z podekscytowaniem śledzili przebieg meczu. Chyba po kwadransie gry Gryfonom udało się wreszcie zdobyć pierwsze punkty, co zostało nagrodzone gromkimi oklaskami tłumu.
Albus Dumbledore, który właśnie zajmował miejsce pomiędzy pozostałymi profesorami, uśmiechnął się szeroko, udając, że nie widzi wściekłego spojrzenia profesora Vectora.
- Spóźniłeś się, Albusie – zauważył Dippet. – Ominęła cię niezła przepychanka Davidova i Terpols.
- Musiałem się wywiązać z obowiązków opiekuna domu – wytłumaczył mu uprzejmie nauczyciel transmutacji, nie odrywając wzroku od Doriana, który o mały włos nie spadłby z miotły.
Slytherin szybko wyrównał straty. Na trybunach, głównie wśród uczniów machających zielono-srebrnymi szalikami, ponownie wybuchła fala radości. Wesołe okrzyki było całkiem dobrze słychać nawet w szatni.
Harold uśmiechnął się krzywo. Usiadł na ławce i schował twarz w dłoniach. Co chwila dolatywały do jego uszu komentarze, dotyczące gry jego zawodników. Wszyscy spisywali się świetnie i widać było, że wyczerpujące treningi nie poszły na marne. Uczniowie zapewne z niecierpliwością będą oczekiwać wiosennych zawodów, mając świadomość, jak silne drużyny mogą spotkać się w finale. Slytherin i Gryffindor były faworytami.
Potter zaczął zdejmować sportowy strój, ale szło mu to dość opornie. Czuł wściekłość i żal. Wciąż miał w głowie obraz Dumbledore’a, który nie pozwala mu wziąć udziału w meczu. Wciąż czuł na sobie pełne litości spojrzenia koleżanek i kolegów z drużyny. W przypływie złości uderzył z całej siły pięścią w ścianę, ale w niczym mu to nie pomogło. Wciąż czuł się fatalnie.
Nie wiedział, co zrobić, żeby wyładować złość. Powinien teraz zająć dobre miejsce na trybunach i patrzeć jak jego drużyna walczy o zwycięstwo. Ale nie był w stanie. Chciało mu się płakać. Albo krzyczeć. Z żalu, wściekłości i smutku. Widział w spojrzeniu Dumbledore’a, że prawdopodobnie nigdy już nie wsiądzie na miotłę.
- Proszę pójść do pielęgniarki, panie Potter – wyszeptał sam do siebie Harold, próbując naśladować głos profesora.
Gdyby mógł najchętniej rozwaliłby całą szatnię, albo zacząłby rzucać niewybaczalnymi gdzie popadnie. Przeklinał w duchu dzień, w którym po raz pierwszy wsiadł na miotłę i poczuł jakie to wspaniałe uczucie, móc unosić się w powietrzu i czuć się zupełnie wolnym. Teraz musiał to wszystko stracić.
Harold kopnął z całej siły w krzesło, które przewróciło się z łoskotem na podłogę. W tym samym czasie Gryffindor zdobył kolejne punkty. Wiwaty, dochodzące z trybun, zlały się w jedno z dudnieniem upadającego krzesła. Chłopak zaklął szpetnie i usiadł na podłodze, opierając się o ścianę. Musiał się uspokoić zanim skończy się mecz. Nie było to jednak łatwe. Potter czuł, że wszystko wymyka mu się spod kontroli. Tak jakby do tej pory dostał od życia zbyt wiele i teraz jakieś wyższe siły chciały odzyskać to, czym go obdarowały, zabierając najważniejsze dla niego rzeczy. Ukochany sport, przyjaciół, z którymi nie potrafił się dogadać, zdrowie. Gdzieś w głowie Harolda zamajaczyła myśl, że do tej listy prawdopodobnie będzie mógł wkrótce dopisać karierę aurora. A co gorsza nie opuszczało go jakieś koszmarne przeczucie, że to nie koniec.
Chłopak zacisnął mocno powieki, żeby nie pozwolić sobie na łzy. Przygryzł mocno wargi i zacisnął pięści.
- To niesprawiedliwe…
- Życie nie zawsze jest sprawiedliwe.
Harold podniósł gwałtownie głowę do góry, uderzając nią w ścianę. Minerwa uśmiechnęła się delikatnie, widząc ten gest. Stała naprzeciw niego, opierając się o szafkę. W jej spojrzeniu nie było widać litości czy wściekłości. Po prostu stała z poważną miną i czekała na jakieś wyjaśnienia, tak samo jak wtedy, gdy udało jej się przyłapać uczniów na łamaniu regulaminu.
Nie wiedziała co powiedzieć. Nie chciała nachalnie pytać o to, dlaczego nie gra, a z drugiej strony wiedziała, że pytanie „czy wszystko jest w porządku” byłoby szczytem idiotyzmu. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest. Dlatego McGonagall stała i czekała, aż Harold zechce cokolwiek powiedzieć.
- Co tutaj robisz? – spytał w końcu zmieszanym tonem i wstał z podłogi.
- Nic – wzruszyła ramionami.
Stali przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Potter poszedł się szybko przebrać. Minny zaczekała na niego, a kiedy wrócił, ruszyli razem do zamku. Nie odzywali się do siebie. Dopiero, kiedy usiedli przed kominkiem w opustoszałym Pokoju Wspólnym, Harold poczuł się na tyle spokojny, żeby cokolwiek powiedzieć.
- Cholernie zależało mi na tym meczu – powiedział, kładąc się na kanapie. Po chwili wskoczył na niego Petroniusz i ułożył mu się wygodnie na brzuchu. – Trenowaliśmy. Wszyscy dawali z siebie wszystko.
- Wiem – Minny pokiwała głową, utkwiwszy wzrok w swoim kocie, który skulony w kłębek mruczał cicho.
- Mieliśmy już wychodzić. Była mowa. Były żarty i ten wyjątkowy dreszczyk emocji. A potem poczułem na czole kropelki zimnego potu. Właściwie to czułem je już wcześniej, ale nie zwróciłem na to uwagi. I to drżenie dłoni… Poszedłem do łazienki. Zemdlałem. Akurat wszedł Dumbledore.
Harold mówił cicho, na pozór spokojnie, ale w jego słowach czuć było zupełnie nie pasujący do niego chłód. Minerwa otuliła się czyimś swetrem, który znalazła obok fotela, na którym siedziała.
- Wiesz, że gdybyś wsiadł na miotłę, mogłoby się to źle skończyć?
- Wiem.
McGonagall spojrzała na chłopaka z czułością i ze strachem. Znała Harodla. Wiedziała, że gdyby Dumbledore nie wszedł do szatni akurat w tym momencie, Potter prawdopodobnie pojawiłby się na meczu, nie zważając na swoje zdrowie.
- Moi rodzice cały czas mi tłumaczyli, że powinienem to rzucić… - skrzywił się. – Mówiłem ci o tym już na sylwestrze. Teraz nie będę miał innego wyjścia.
- Zajmiesz się historią magii – spróbowała zażartować Minerwa.
- Jasne.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu, korzystając z chwili spokoju, na jaką rzadko można było trafić w zazwyczaj pełnym i gwarnym Pokoju Wspólnym.
- Heraklita tak mi powiedziała.
- Co? – Minerwa spojrzała na chłopaka jak na wariata.
- Ona chyba nie lubi Hamiltonów. Pewnie chodzi o ojca Feliksa. I dlatego naopowiadała mi tych wszystkich bzdur na sylwestrze.
- Możliwe… Ale to nie ma teraz znaczenia. Zapomnijmy o tym, co? – zaproponowała niepewnie McGonagall.
Harold spojrzał na nią z powagą. W jego piwnych oczach nie było już widać złości i dziewczyna odetchnęła z ulgą.
- Dlaczego nie jesteś teraz na meczu? – spytał.
Minny wzruszyła ramionami. Wstała z fotela i usiadła na skraju kanapy, na której leżał Harold. Zaczęła głaskać Petroniusza, który z radością ugniatał łapkami sweter Pottera, chętnie poddając się pieszczotom.
- Minny…
- Tak?
- Cieszę się, że jesteś – powiedział Harold, nie odrywając od niej wzroku.
Gryfonka poczuła, że się rumieni, a kąciki jej ust mimowolnie unoszą się do góry. Harold złapał ją za rękę, zmuszając ją tym samym by na niego spojrzała.
- Naprawdę.
- Wiem.



Eli.


komentarze [10]

23. >> czwartek, 19 czerwca 2008 19:35:39

Nie wierzę, a jednak. Wróciłam do formy. Piszę już 25 rozdział i mam wenę twórczą na dalsze. Aż żal mi kończyć... Rozdział 24 pojawi się we wtorek albo środę.


OGŁOSZENIE DZIWNEJ TREŚCI - generalnie po przemyśleniu wszystkich "za, przeciw, itp." stwierdziłam, że porzucam bloga o Severusie - miałam jednak zbyt długą przerwę, żeby do niego powrócić, a także nie zaangażowałam się w tamto opowiadanie tak bardzo jak w to.

A w związku z zamiłowaniem do pary NT/RL i moimi miniaturkami - nie powiązanymi ze sobą, ale dotyczącymi tej pary, niezwykle ckliwymi i zapewne durnymi założyłam sobie blog na tonksowe miniaturki :)

a teraz...
Notkę dedykuję niezrównanej Pauli

_____________________

23. Dwa kolory


Połowa naszych pomyłek polega na tym, że kierujemy się uczuciem, gdy powinniśmy myśleć. Druga połowa, że rozumujemy, kiedy winniśmy zawierzyć uczuciu.

John Churton Collins



* * * * * * * *


- Panno McGonagall?
Minerwa podniosła wzrok na profesora Dumbledore’a i uśmiechnęła się szeroko. Wstała od stołu i wyszła na środek pracowni. Uniosła różdżkę i z napięciem czekała, aż nauczyciel podniesie ściankę drewnianej klatki, w której obecnie przebywały dwie myszy. Zwierzątka kręciły się w kółko i tylko czekały na okazję, żeby się stamtąd wyrwać. Dumbledore przyglądał się przez chwilę uczennicy. Stała wyprostowana, skupiona na zadaniu, a dłoń, w której trzymała różdżkę, nawet nie drgnęła. Pokiwał głową z zadowoleniem, a potem szybko podniósł ściankę. Dwie białe myszki wydostały się na upragnioną wolność. Przebiegły wzdłuż stołu. Minerwa szybko wyszeptała zaklęcie i jedna z myszy zamieniła się w piękny, złocisty puchar wysadzany szlachetnymi kamieniami. Drugie zwierzątko szybko zeskoczyło na ziemię. McGonagall niemal natychmiast wycelowała w nie różdżkę i powtórzyła schemat. Zadowolona z siebie, zabrała pucharki i ustawiła je na stole nauczycielskim, obok dzbana pełnego wody. Bez zastanowienia zaczęła szeptać skomplikowaną formułę zaklęcia. Zaklęcia z dziedziny transmutacji dzieliły się w różnoraki sposób, w zależności od ich zastosowania. Te, które ocierały się o magię gospodarczą, były zazwyczaj dłuższe.
- Errere corpusultum vino reglist.
Minny przez chwilę patrzyła z niepokojem na spokojną taflę wody. Zaczynała się niecierpliwić, nie widząc efektu. Z jej różdżki wytrysnął, co prawda delikatny, złocisty strumień światła, który zataczał koła wewnątrz naczynia i utrzymywał łączność z różdżką Minerwy, ale efektu docelowego nie było jak na razie widać. Dziewczyna powtarzała w myślach formułę zaklęcia. Wiedziała, że wystarczy wypowiedzieć ją tylko raz, aby zadziałało. Ale, aby zadziałało dobrze, należało pozostawać w ciągłej łączności między zaklęciem a czarodziejem, które je rzucił.
- Fine – szepnęła w końcu McGonagall.
Strumień światła zniknął, a Gryfonka schowała różdżkę do kieszeni szaty. Uśmiechnęła się szeroko do obserwujących ją kolegów, po czym nalała do pucharów ciecz w kolorze burgunda. Podała kielich nauczycielowi, który przez chwilę smakował napój.
- Hmm… Wytrawne. Mocny bukiet czarnej porzeczki i piżma, jeśli się nie mylę? – spytał zadowolony Albus. – Cóż to miało być?
- To miał być Louis Jadot. Moi rodzice uwielbiają podawać je do obiadu – powiedziała zadowolona Minerwa i sama skosztowała napoju. – To jest Louis Jadot – poprawiła się.
- Bardzo dobrze, panno McGonagall. Dziesięć punktów dla Gryffindoru. Zapraszam teraz pana Norrisa.
Wysoki chłopak ze Slytherinu wstał i podszedł do tablicy, rzucając pełne podziwu spojrzenie w stronę Minerwy.
- Nieźle – uśmiechnął się do niej nieśmiało Leonard. – Szczególnie to z myszami… Większość czarodziejów wysiada przy pierwszej.
- Dzięki – Minny nie słuchała kolegi, zbyt skupiona na niezdarnych poczynaniach Ślizgona, który właśnie próbował zamienić motyla w świnkę morską. Niestety nie nadążał z ruchem różdżki i zwierzę zawsze odlatywało na bok. W rezultacie już dwa kawałki kamiennej ściany, były porośnięte brązowo-czarnym futerkiem.
- Ma problemy z koncentracją – oceniła.
- To daj mu korepetycje. W końcu to Slytherin, twoja działka – usłyszała tuż za sobą.
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała z wściekłością na Pottera. Chłopak od kilku dni chodził nachmurzony i prawie do nikogo się nie odzywał. Minny wydawało się, że po ich ostatniej rozmowie, uda im się dojść do jakiegoś porozumienia. Ale było to tylko chwilowe. Harold unikał jej wzroku i z podejrzanym zainteresowaniem śledził ruchy różdżki Norrisa.
- Mógłbyś oszczędzić sobie te komentarze? –spytała chłodno Minny.
- Nie.
- Harold Potter, zapraszam – Dumbledore przywołał do siebie Gryfona.
Chłopak przemaszerował szybkim krokiem przez salę i stanął przed biurkiem nauczyciela.
- Mieliśmy już chrabąszcza i królika, motyla i myszy… Zaczynamy kolejkę od nowa. Co pan wybiera?
- Królika – stwierdził bez entuzjazmu Potter i zwrócił się w stronę Minerwy, która demonstracyjnie odwróciła głowę i sięgnęła po podręcznik.


Minerwa zaraz po zajęciach z transmutacji zaszyła się w bibliotece. Usiadła przy najmniejszym stoliku, pomiędzy regałami, na których w równym rządku, ustawione były książki dotyczące historii magii, naiwnie licząc, że nikt jej tu nie znajdzie. Mało który uczeń zapuszczał się w te rejony czytelni. Co najwyżej jakiś zdesperowany miłośnik historii. Taki jak pan Potter.
Kiedy dziewczyna usłyszała kroki, podniosła głowę i wyjrzała zza sterty książek. Przez myśl przemknęło jej, że może ściągnęła Gryfona myślami. Jednak to nie był on.
- Odkąd nie mamy korepetycji, prawie w ogóle nie mam okazji cię widzieć – stwierdził po prostu Feliks, stając obok jej stolika. – Wydaje mi się czy jesteś zawiedziona, że to ja?
- Wydaje ci się – odpowiedziała i szybko schowała głowę w książce.
Hamiltona po balu sylwestrowym także starała się unikać jak ognia. I do niedawna całkiem nieźle jej to wychodziło.
- Czego się uczysz?
- Piszę esej z eliksirów – odpowiedziała nienaturalnie sztucznym tonem.
Feliks nie odpowiedział. Usiadł na podłodze i oparł się o regał. Minny uniosła wysoko brwi, ukazując swoje zdumienie.
- Przecież przy twoim stoliku nie ma miejsca – wytłumaczył i jak gdyby nigdy nic, wziął się za czytanie.
McGonagall wróciła do notatek. Niestety nie była w stanie skupić się na czymkolwiek, czując obecność Hamiltona za swoimi plecami. Kilka razy próbowała napisać jakieś zdanie, ale zazwyczaj już w połowie gubiła wątek. Po chwili Eleuterokok Kolczasty z rodziny Araliowatych stracił dla niej znaczenie. Dopisała szybko do swoich zapisków, że używa się w celach leczniczych tylko kłącza tej rośliny i odłożyła pióro.
- Co to? – spytała, wskazując na książkę, którą trzymał w ręku Feliks.
Chłopak nie odrywając wzroku od tekstu, odsłonił okładkę. Minny przeczytała tytuł, który niczego jej nie powiedział.
- A o czym?
Feliks spojrzał na nią z lekką irytacją.
- To, że pod wpływem mojego uroku osobistego nie jesteś w stanie skupić się na nauce to twoja sprawa. Ja nie mam takich problemów i wolałbym wreszcie skończyć ten rozdział – odpowiedział.
Minerwa nabrała powietrza, gotowa odpowiedzieć mu ciętą ripostą, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Wypuściła powietrze z płuc i uśmiechnęła się do siebie. Feliks zauważył to i jego usta także wykrzywiły się w półuśmiechu.
- Przepraszam. Ale skoro tu przyszedłeś… Myślałam, że masz ochotę porozmawiać – wytłumaczyła się. – To ja wracam do moich eliksirów, tak?
- Tak – odpowiedział rozbawiony.
McGonagall odwróciła się i sięgnęła po leksykon ziół. Cały czas po jej twarzy błądził dziwny uśmiech, którego nie potrafiła ukryć. Feliks Hamilton bez wątpienia miał na nią dobry wpływ.
- Na jaki temat piszesz to wypracowanie? – spytał chłopak, niby od niechcenia. Minny parsknęła śmiechem i znów się do niego odwróciła.
- Może byś się wreszcie zdecydował czy chcesz ze mną rozmawiać, czy nie?
- Może pozwolę, żebyś dostąpiła tego zaszczytu – odpowiedział zadowolony z siebie i zamknął książkę. – Wydaje mi się, że mamy za sobą pewną niedokończoną rozmowę… - zaczął cicho i Minny znowu wyczuła w jego głosie tę charakterystyczną nutkę chłodu i tajemnicy.
- Teraz muszę napisać esej – przerwała mu. Nie miała nastroju na powracanie do niezbyt przyjemnych kwestii.
- Dobrze. Tak tylko przypominam.
- Och, tu jesteś! – Izolda weszła pomiędzy regały. Feliks wstał i obrzucił dziewczynę nieprzyjemnym spojrzeniem, ale nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. – Minerwo, słońce ty moje, mam sprawę…
Panna Strawber spojrzała dość sugestywnie na Hamiltona, ten jednak uparcie stał na swoim miejscu, uśmiechając się krzywo.
- I chciałabym ją omówić na osobności – dodała szybko Gryfonka. – To taka informacja dla pana Hamiltona, gdyby się nie domyślił.
- Oczywiście – Feliks schylił głowę w lekkim ukłonie, nie spuszczając oczu z Minerwy i szybko odszedł. – Do zobaczenia później.
McGonagall odprowadziła go wzrokiem. Izolda przez chwilę patrzyła na przyjaciółkę. Skrzywiła się lekko. Nie była do końca zadowolona z wyrazu twarzy Minny, czego oczywiście nie omieszkała jej za chwilę wypomnieć.
- Patrzysz się na niego jak te wszystkie nieszczęśliwe trzynastolatki na Pottera – skwitowała krótko Izolda i usiadła na krześle, które jeszcze chwilę temu zajmowała Minerwa.
- Nie rozumiem… - zaczęła tłumaczyć się Minny, wytrwale unikając wzroku Izoldy.
- Doskonale rozumiesz. Zawrócił ci w głowie, co? – spytała wprost. Minerwa spojrzała na nią w końcu.
- Chyba oszalałaś! – krzyknęła oburzona. – To najbardziej szalona rzecz, jaką dane mi było słyszeć w tym roku.
- Rok się dopiero zaczął – roześmiała się Izolda. – Ale nie o tym, chciałam z tobą rozmawiać. Maria Pool cię szuka. Prosiła, żeby ci przekazać, że będzie na ciebie czekała przed wejściem do Wielkiej Sali. O szóstej.
Minerwa wyszła zza regałów i wychyliła się w stronę drzwi biblioteki, obok których stał zegar. Do osiemnastej pozostało jeszcze dwadzieścia minut. Dziewczyna wróciła do Izoldy, przeglądającej jej notatki z eliksirów.
- Pisałaś o Eleuterokoku? – spytała zdziwiona. – Mi się wydawało, że to nie istotne.
- Spytaj Leonarda. On będzie wiedział. Na wszelki wypadek wolę to mieć w notatkach – wytłumaczyła Minny, powoli zbierając swoje rzeczy.
- Nie rozmawiamy z Leonardem.
- Chodzi o Pottera?
- Nie. Chodzi o Harolda, Minny – Izolda westchnęła i złapała rękę Minerwy, którą sięgała właśnie po kolejną książkę. Dziewczyna spojrzała zdziwiona na przyjaciółkę.
- O co chodzi, Iz?
- Nie możecie się pogodzić? – spytała po prostu. – Poszło o Hamiltona, tak?
Minerwa nie odpowiedziała. Skończyła pakować swoje rzecz do torby i zarzuciła ją na ramię. Nie wiedziała co ma powiedzieć Gryfonce, która siedziała przed nią i oczekiwała odpowiedzi, gotowa wydrzeć ją siłą z Minerwy.
- Wydaje mi się, że Harold dzieli świat na zielony i czerwony.
- Każdy z nas na pewno podświadomie dzieli świat na kolory. Domy, do których należymy w szkole, bardzo silnie na nas oddziaływają. Kto jak kto, ale ty powinnaś o tym wiedzieć doskonale. Ludzie, z którymi się spotykamy, wartości, które wpajają nam wychowawcy…
- Iz. To ja jestem prefektem – przypomniała jej McGonagall.
- Wiem. W każdym razie nie dziw się Haroldowi, że myśli czasem stereotypowo. Każdy z nas tak robi. I jest w tych stereotypach trochę racji.
- Owszem. Ale podział na zielono-czerwoną rzeczywistość, jest tak samo absurdalny jak na czarno-biały świat. Dla Pottera Feliks jest tym czarnym charakterem. A on go nawet nie zna.
- A ty go znasz? – spytała Izolda, lekko poirytowana kierunkiem, do którego zmierzała ta rozmowa.
- Tak. Na pewno lepiej…
- Znasz, go? Jesteś pewna? To, co się wydarzyło wtedy u niego w domu? Z jego matką? Dlaczego go po prostu nie zapytasz, skoro jesteście takimi przyjaciółmi? Dlaczego…
- Izoldo, proszę cię, przestań – Minerwa roześmiała się. – Jesteś nienormalna.
- A może po prostu nie rozumiem, czemu o wiele bardziej wierzysz temu Ślizgonowi, o którym prawie nic nie wiesz, a na którego istnienie zaczęłaś zwracać uwagę dopiero kilka miesięcy temu, niż chłopakowi, którego znasz od lat? - dziewczyna z każdym słowem podnosiła głos.
- Ty też patrzysz na niego jak na Ślizgona – stwierdziła Minerwa i odwróciła się na pięcie.
Izolda wstała z krzesła i wpatrywała się w plecy, odchodzącej McGonagall. Nie wiedziała, co ma powiedzieć, żeby dziewczyna wreszcie zaczęła myśleć rozsądnie. Na policzkach panny Strawber pojawiły się ogromne rumieńce, a w jej zielonych oczach odbijały się wszelkie emocje, które sprowadzały się do jednego. Izolda była wściekła.
- Minny, zaczekaj.
Brunetka zawahała się. W końcu odwróciła się w stronę koleżanki i spojrzała na nią bez emocji. Czuła się osaczona. Wszyscy mieli do niej pretensje i chcieli na siłę układać jej świat, nie pytając jej o zdanie.
- Czy ty nie rozumiesz, co się do ciebie mówi? – spytała cicho Iz.
- Rozumiem i dlatego…
- I dlatego z mojej długiej wypowiedzi wyłapałaś tylko słowo „Ślizgon”? – bardziej stwierdziła niż zapytała Gryfonka. – Zastanów się, co robisz. Może i Hamilton jest w porządku. Mam nadzieję, że tak jest. Ale to nie zmienia faktu, że ty zapominasz o tym, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem. Na miejscu Feliksa zaczęłabym się bać. O nim też możesz kiedyś tak zapomnieć… - Izolda uśmiechnęła się krzywo. – Harold był zawsze pierwszym, który leciał ci z pomocą. Gotów był poświęcić wszystko, żeby tylko być z tobą, kiedy będziesz potrzebowała kogoś do wypłakania się w rękaw albo do głupiej kłótni. W trzeciej klasie to Potter opuścił eliminacje do drużyny, bo leżałaś w skrzydle szpitalnym z grypą żołądkową. A wiesz doskonale jak wiele ten sport dla niego znaczy. To on na pierwszym roku odrabiał ci prace domowe z wróżbiarstwa, żebyś mogła zająć się swoją ukochaną transmutacją. To on narażał się, żeby pójść na to głupie przyjęcie do Malfoyów! – teraz Izolda krzyczała już w najlepsze. Zacisnęła dłonie w pięści i była na skraju łez, gotowa popłakać się ze złości i irytacji, że Minerwa niczego nie rozumie. Tymczasem Minny stała ze spuszczoną głową i wpatrywała się w podłogę. Nawet nie mrugała oczami. – Tylko, jaśnie wielmożna panna McGonagall wychodziła z założenia, że nie ma przyjaciół. Tak jakbyś myślała, że Harold robi tak, bo tak nakazuje etykieta. Ale panna McGonagall ma przecież zawsze rację! Ona wie najlepiej!
- Nieprawda…
- Feliks Hamilton jest teraz dobry, bo jest ciekawy. Bo tajemniczy. Bo nie spełnia wszystkich twoich zachcianek, co jest nowością – Izolda wyliczała w najlepsze. – Minny, to jest twoje życie. I rób z nim co chcesz. Ale nie pozwolę, żebyś krzywdziła mojego przyjaciela.
- A może dla ciebie to ktoś więcej niż tylko przyjaciel, dlatego tak go bronisz? – skrzywiła się Minerwa. – Z twoim podejściem do chłopców, nie byłabym szczególnie zdziwiona.
- Dobre sobie… – Izolda roześmiała się. – A nawet jeśli to, co to zmienia? To ty potraktowałaś swojego przyjaciela jak śmiecia.
Zabolało. Minny spojrzała ze szczerą nienawiścią na Izoldę. Nigdy w życiu nie podejrzewałaby, że kiedyś będzie żywić w stosunku do niej tak negatywne uczucia. Tymczasem Izolda stała się nagle wrogiem numer jeden. Wrogiem, który znał ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć jak zadać najbardziej bolesny cios. Minny cała się trzęsła. Ostatkiem sił opanowała emocje.
- Muszę iść. Maria będzie czekać – powiedziała cicho, by nie zdradzić zbyt wiele. Mimo wszystko głos jej zadrżał i nie mogła wypowiedzieć, ani słowa więcej.
- Idź. Tylko zastanów się, które z was widzi świat tylko w dwóch kolorach…


- Myślałam, że już nie przyjdziesz – stwierdziła Maria, widząc jak w jej kierunku zmierza szybkim krokiem McGonagall.
Dziewczyna wyglądała okropnie, co nie uszło uwadze Pool. Gryfonka trzęsła się z nerwów. Zaciskała kurczowo dłonie na grubej książce, którą tuliła do piersi i patrzyła w podłogę.
- Minny? Wszystko w porządku?
- Chodźmy stąd – szepnęła dziewczyna i czym prędzej pobiegła w stronę sal lekcyjnych, które o tej porze były opustoszałe.
Zatrzymała się dopiero w bocznym korytarzu, pod obrazem Rycerza bez Ręki. Prawie upadła na zimną posadzkę. Schowała twarz w dłoniach.
Maria nie wiedziała jak się zachować. Rozejrzała się, czy nikt przypadkiem nie jest świadkiem tej sceny, domyślając się, że Minerwa nie chciałaby, aby cały Hogwart huczał o jej problemach. Całe szczęście wokoło panowała cisza.
- Przepraszam – szepnęła Minny, podnosząc gwałtownie głowę. Na jej twarzy widać było determinację. – O czym chciałaś ze mną porozmawiać?
- Już dobrze? – spytała Maria.
- Tak. Po prostu… Nieważne. Pokłóciłam się z… - Minny spuściła wzrok, nie będąc pewną, jakie określenie będzie najtrafniejsze. – Pokłóciłam się z przyjaciółmi.
- Rozumiem. Może w takim razie, spotkamy się innym razem, co?
- Nie. Już dobrze – Minerwa uśmiechnęła się przepraszająco.
- Chciałam spytać jak tam sprawy z Hamiltonem?
- Dobrze. Chyba… Rozmawiamy. Już nie jest taki wściekły. Zaczekam jeszcze trochę i zaproponuję mu poważną rozmowę.
- Na mnie złość też już mu przeszła – powiedziała Maria i Minny wyczuła w jej głosie wyraźną ulgę.
- Ciężko było, co? Potrafi być wyjątkowo nieprzyjemny.
- Potrafi – roześmiała się Ślizgonka. – I uparty. I nie chciałabym mieć w nim wroga, nikomu też tego nie życzę, więc… Cieszę się, że jest jak jest.
Minerwa przez chwilę milczała. Nie potrafiła się teraz na niczym skupić. Wciąż huczały w jej głowie słowa Izoldy. Bolały. Ale ile było w nich prawdy? McGonagall obawiała się, że niestety bardzo dużo, choć wolała się do tego nie przyznawać tak długo, jak to będzie możliwe. Nawet przed sobą. Jednocześnie wciąż miała przed oczami obraz Izoldy, krzyczącej na nią w bibliotece. Gilberta, który posyła jej spojrzenia z cyklu „zrób coś wreszcie i się z nim pogódź”. Felicji, krążącej po dormitorium snując opowieści o nikim i o niczym konkretnym, jednakże zawsze z tą samą puentą, będącą tak wyraźną aluzją, że Minerwa powinna pogodzić się z Haroldem, że każdy głupi by ją zauważył. Zapewne nawet Edgar Jones. McGonagall powinna znaleźć sprzymierzeńca w Leonardzie, ale nawet on, pomimo zatargu z Potterem i wciąż nie rozwiązanej sprawy białego piórka, wydawał się trzymać stronę chłopaka. Minny nie rozumiała go do końca. I irytował ją niezwykle fakt, że wszyscy to ją obarczają winą za stosunki panujące między nią a Haroldem. Tak jakby nie zauważali docinków Gryfona, skierowanych w stronę dziewczyny. McGonagall zastanawiała się też jak wiele wiedzą o tym, co się wydarzyło w Malfoy Manor. Może gdyby znali całą prawdę i wiedzieli o kłamstwach Pottera…
- Mario, czy mogę ci zadać głupie pytanie?
- Jasne. Chociaż głupie pytania mi jakoś do ciebie nie pasują – uśmiechnęła się Ślizgonka. – Słucham.
- Chodzi o to… Feliks jest jedynakiem, prawda?
Maria spojrzała na koleżankę ze zdziwieniem. Po chwili roześmiała się i pokręciła głową.
- A ja spodziewałam się niewiadomo jak strasznego pytania… Tak. Oczywiście, że tak. Czemu pytasz?
- Po prostu… Nie wiem. Tak jakoś – uśmiechnęła się wymijająco Minny.

*

Szaro. Szare niebo, szare chodniki i szare kamienice. Światło gazowych latarni padało na brudne kupki śniegu. Szarość.
- Okropna pogoda, nie sądzisz?
- A czego się spodziewałaś, moja droga?
Dwoje ludzi stanęło w cieniu ulicznej latarni. Pod ciężkimi, czarnymi szatami nie można było rozróżnić ich sylwetek, a narzucone kaptury zakrywały ich twarze. Jakiś zabłąkany przechodzień spojrzał na nich ukradkiem, po czym przyspieszył kroku i wszedł w jedną z bocznych uliczek, prowadzących do nikąd, jakich wiele było na Nokturnie.
Kobieta wyjęła z kieszeni szaty papierosa. Miała dłoń o długich palcach i subtelnym kształcie, ubraną w czarną rękawiczkę z rzucającego się w oczy drogiego, połyskliwego materiału. Mężczyzna, który jej towarzyszył machnął różdżką, na której końcu pojawił się niewielki płomyk. Czarownica zapaliła i do ponurego krajobrazu, dołączył szary obłoczek dymu.
- Pięknie - roześmiała się. – Marazm, marazm… Nic więcej nam nie pozostaje, mój drogi. Pewnego dnia sucha kostucha odbierze ci ster i twój okręt skończy na skałach. I nic po tobie nie zostanie. Może jakieś resztki, na dnie oceanu. Dla potomności i tak nic nie warte…
- Nie wyglądasz na specjalnie zasmuconą tym faktem – przyznał z rozbawieniem.
- Bo nie jestem.
Czarodziej wyjął z kieszeni zegarek na złotym łańcuszku i spojrzał na niego z niecierpliwością, jakby na kogoś czekał. Rozejrzał się, ale na ulicy nie było nikogo. W oddali słychać było nieprzyjemny śmiech starych dziwek i ochrypłe głosy ich klientów. Alkoholików i nędzarzy, których nie stać było na nic lepszego.
- Nie jest im za zimno? – zastanowił się mężczyzna. – O tej porze roku, nawet takie przyjemności…
- Lumier! Jesteś okropny.
- Może. Ale co tych, tam to obchodzi? Co może sobie myśleć taka zwykła dziwka, co?
- Jam piękna, o śmiertelni, niby sen z granitu,
A pierś ma, gdzie krwawiła niejedna pierś żywa,
Jest dla poety źródłem, z którego wypływa
Miłość wieczna i niema jak materia bytu – zaintonowała cichym, subtelnym i niezwykle kuszącym głosem młoda czarownica.
- Sama to wymyśliłaś? – szepnął Lumier, nachylając się w jej stronę.
- Nie. Baudelaire – roześmiała się. – Patrz, kto idzie…
Na końcu ulicy pojawiła się trzecia postać. Mężczyzna nie różnił się od pozostałych ubiorem. Nie miał na sobie kaptura. Jego ciemne włosy powiewały na wietrze, a skóra była czerwona od zimna.
- Malcolm… Myśleliśmy, że się ciebie nie doczekamy. Szczególnie ta młoda dama.
- Panna Malfoy, jak się zapewne domyślam…
Nowoprzybyły podszedł do kobiety i ucałował jej dłoń. Czarownica ściągnęła kaptur, spod którego wysypały się jej piękne, jasne loki. Jej oczy pozostały jednak niezwykle obojętne, mimo błądzącego na ustach uśmieszku.
- Bardzo mi przykro, że zakłócamy twój spokój. Z pewnością, wolałbyś spędzić ten czas z narzeczoną, pod ciepłym kocykiem, przy kominku.
- Oczywiście. Niestety muszę spędzić go z bandą nieszczęśliwych poetów… - mężczyzna w końcu oderwał wzrok od Heraklity. – Idziemy do „Piwnicy Rasputina”?
- Tak. Wszyscy czekają. Z jaśnie panem Gottengenem włącznie – poinformował go Lumier, podskakując wesoło w rytm melodii, która huczała tylko w jego głowie.
- A co ten poczciwy Niemiec robi w Anglii?
- Sam ci najlepiej to opowie. Polityka. I to ta z wyższej półki, o której my nie mamy nawet prawa śnić.
- I nie chcemy śnić, przyjacielu – roześmiał się Smith. – Póki, co wszystko, co się u nas dzieje, ogranicza się do ministerialnych przepychanek. I lepiej, żeby zostało tak jak najdłużej. Wszyscy szepczą o wojnie w świecie czarodziejów, ale na Nokturnie jej prawie nie widać. Przynajmniej wśród tych, którzy nie mają nic do stracenia. Właściciele sklepów i szynków burzą się z powodu nowego prawa…
- W Hogwarcie też nic nie widać. A przynajmniej wśród uczniów – wtrąciła się Heraklita. – Oni mają swoje życie…
- I bardzo dobrze. Młodość to bezcenny dar, jedyna okazja w życiu, by czerpać i… jak to było? Kraść rogi obfitości – odparł cicho Malcolm.
- Baudelaire? – zapytał Lumier.
- Nie. Moja ciotka.
Heraklita roześmiała się głośno i podeszła do Smitha, wkładając swoją dłoń do jego dłoni.
- Zarezerwujesz mam nadzieję trochę czasu dla mnie – szepnęła mu wprost do ucha.
- Mamy gościa. Zawitał do nas Gotten…
Kobieta przerwała mu pocałunkiem. Malcolm nie wydawał się być niezadowolony. Zignorował śmiech przyjaciela, który właśnie nucił pod nosem jakąś starą, irlandzką melodię, i przyciągnął do siebie pannę Malfoy.
- Mam ci przypomnieć, że, z tego co ostatnio mówiłaś, nie chcesz mnie znać?
- Przypomnij mi jutro rano – uśmiechnęła się Heraklita.
- Nie chciałbym wam przeszkadzać, moje gołąbeczki, ale zbliżamy się do „Piwnicy”. Malcolm, powiedz mi jak tam twój ojciec?
Mężczyzna spochmurniał. Spojrzał niemal gniewnie na przyjaciela. Heraklita wyczuła, że stan pana Smitha się pogorszył. Chciała w jakiś sposób dodać otuchy ukochanemu, ale jedyne co na tę chwilę mogła zrobić, to uścisnąć jego rękę i obiecać, że postara się pomóc mu zapomnieć o problemach. Tak też zrobiła.
- Choroba postępuje. Dziś uzdrowiciele z Munga powiedzieli mi, żebym zabrał ojca do domu. Dają mu najwyżej pół roku. Poza tym jest na tak silnych lekach, że nie potrafi nawet cieszyć się z życia, ani normalnie funkcjonować.
- Świadomość?
- Powoli traci. A leki są bardzo drogie.
- Jeżeli potrzebujesz pieniędzy … - zaczęła Heraklita, ale mężczyzna zbył ją, oswobadzając rękę z uścisku.
- Dam sobie radę.
Tymczasem doszli do niewielkiej knajpki. Drzwi skrzypnęły cicho. Budynek, będący zupełną ruderą, wydawał się być opuszczony, ale z piwnicy dochodziły wesołe odgłosy. Ktoś grał na pianinie.
- To Chopin? – zainteresował się Lumier, aby zmienić temat.
- Liszt – poprawiła go nieobecnym głosem panna Malfoy, nie spuszczając wzroku ze strapionej miny Malcolma.


Eli.


komentarze [8]

22. >> niedziela, 8 czerwca 2008 00:27:49

Uwaga, uwaga będzie przemowa.
Otóż, mili moi, czas matur się skończył. Pomiędzy słodkim nic nie robieniem, czytaniem książek i zwiedzaniem mojego podwórka z przyjaciółmi, prowadząc przy tym rozmowy o życiu, śmierci i facetach, WRACAM. Wracam do "Minny...", jak się uda to i do mojej nieszczęsnej "Przepowiedni", dla której nie miałam tyle czasu ile chciałam mieć, żeby zrobić to naprawdę porządnie i z sercem. Mam nadzieję, że teraz notki będą pojawiać się z taką częstotliwością, jak na początku mojej działalności. Według planu zostało tylko 8 rozdziałów, więc najwyższa pora, żeby zacząć łączyć sznurki, jak mawiaął moja pani od matmy, i czas stworzyć "coś".
Wracam też do komentowania i odwiedzania Waszych blogów.

I właściwie to wszytsko, co chciałam powiedzieć.

Ach i jeszcze mała autoreklama - Tutaj mój blog walczy o tytuł bloga miesiąca (nie wiem jak się tam znalazł, ale się cieszę :), bo to znaczy, że jeszcze "Uśmiechnij się..." nie umarło śmiercią naturalną)


p.s.
tak, wiem - szablon żywcem ściągnięty z mojego drugiego bloga. Ale ten pomarańcz mnie już irytował. A poza tym nie mam zdolności szablonowych...
________________________________

22. Białe Piórko


Jeśli reguł moralności nie nosisz w sercu, nie znajdziesz ich w książkach.

Monteskiusz


* * * * * * * *



- Profesor Binns powrócił – stwierdził wesoło Moody, zerkając w stronę stołu nauczycielskiego.
Faktycznie, panna Malfoy bez słowa pożegnania odeszła ze szkoły, pozostawiając po sobie jedynie plotki, a na krześle między profesorem Dumbledorem a profesorem Vectorem siedział stary, dobry Binns. Minny uśmiechnęła się pod nosem, co Alastor uznał za oznakę szaleństwa.
- Nie mów mi, że się cieszysz?! – niemal krzyknął oburzony, na co Minerwa pokręciła tylko głową z dezaprobatą i ruszyła ku wyjściu z Wielkiej Sali.
- Moody powinien zacząć panować nad emocjami – szepnęła pod nosem.
Tuż przy drzwiach natknęła się na grupę Puchonek, które zastanawiały się nad losem Heraklity.
- Podobno miała romans z jednym z uczniów. Dippet ściągnął z powrotem Binnsa – szeptała jedna z nich.
McGongall westchnęła zmęczona kolejnymi pogłoskami. Jak na razie najciekawszą była teoria, jakoby panna Malfoy zaszła w ciążę z jednym z przedstawicieli londyńskiej bohemy. Do większości uczniów fakt, że kobieta została zatrudniona na zastępstwo, nie docierał. Minny nie miała siły tłumaczyć wszystkim, że czarownica odeszła, bo Binns postanowił skończyć swój urlop.
- Cześć, Minny! – usłyszała tuż za sobą i omal nie podskoczyła ze strachu.
- Och, to ty… - skrzywiła się. – Co słychać?
Edgar uśmiechnął się promiennie i wyprzedził Minerwę tak, aby stać teraz przed dziewczyną, zagradzając jej przejście.
- Stęskniłem się. Jak święta? Dostałaś dużo prezentów od Mikołaja?
Minny zacisnęła usta w wąską kreskę i spojrzała w podłogę. Nie zdziwiło jej, że jedyną osobą w zamku, którą stać było na tak oryginalny podryw, był akurat Jones.
- U mnie…
- Edgar, wybacz, ale się śpieszę. Mam zaraz eliksiry – powiedziała dość ostro i ruszyła krok do przodu.
- Zaczekaj. Mam dla ciebie informację.
McGonagall podniosła głowę i spojrzała z zaciekawieniem na chłopaka. Puchon był wyraźnie z siebie zadowolony. Rozejrzał się dookoła, a kiedy zauważył, że w ich kierunku podąża Parkinson, chwycił Minerwę za łokieć i skierował ją w stronę schodów. Zaskoczona dziewczyna nie protestowała. Pozwoliła się poprowadzić do skrytki na miotły, mimo że czuła na sobie rozbawione spojrzenie, zbliżającego się w ich kierunku, Ślizgona. Edgar otworzył drzwi do skrytki i kiwnął głową na Minny.
- Nie jestem pewna czy to dobry pomysł – zauważyła.
- Chodź.
Gryfonka weszła. Nim Jones zdążył zatrzasnąć drzwi, dziewczyna poczuła się jak w zamkniętej trumnie. Nie wiedziała skąd przyszło jej do głowy tak okropne porównanie, ale nic innego nie potrafiła wymyślić. W ciasnym pomieszczeniu było zupełnie ciemno, a w powietrzu unosił się zapach kurzu. Minerwa przełknęła głośno ślinę i wciągnęła powietrze.
- Lumos – szepnął Edgar i z końca różdżki wytrysnął strumień światła.
- Mów – warknęła Minerwa. Wyprostowała się, aby nadać swojej postawie więcej powagi, ale uderzyła głową o sufit. Stłumiła przekleństwo. – Nie możemy porozmawiać gdzie indziej?
- Ależ, Minny… Tu jest tak przytulnie. Możemy poczuć swoją bliskość – odparł miękkim głosem chłopak. – Nie czujesz tej przyjemnej atmosfery?
- Nie. I chyba mam klaustrofobię.
Jones spojrzał na nią zmieszany.
- Chciałem ci tylko powiedzieć jak bardzo…
- Jones! – dziewczyna krzyknęła oburzona. – Zamykasz nas w schowku na miotły, tylko po to, żeby wyznać mi po raz kolejny miłość? To się przestaje robić śmieszne…
- Chciałem ci powiedzieć, jak bardzo byłem zaskoczony, kiedy dowiedziałem się o tym, że interesujesz się sprawą Hamiltona – odparł cicho, głosem pełnym żalu i złości. – Mogłabyś mi dać skończyć.
- Och, przepraszam… – Minerwa poczuła się naprawdę głupio, ale po chwili odzyskała pewność siebie. – Mów normalnie. Wtedy nie będę ci przerywać. Poza tym nie powinieneś się interesować moimi sprawami. To co jest pomiędzy mną i Hamiltonem to nasza sprawa. Zresztą już zakończona.
Edgar uśmiechnął się dziwnie.
- Nox – różdżka zgasła.
Chłopak otworzył drzwi i do pomieszczenia wpadł snop światła. Minny odetchnęła z ulgą.
- Skoro to zakończone… - Jones przez chwilę stał w drzwiach i patrzył na Minerwę, tak jakby toczył ze sobą jakąś wewnętrzną walkę.
McGonagall intuicyjnie czuła, że za chwilę może wydarzyć się coś ważnego. Nie potrafiła tego sensownie wytłumaczyć, ale wiedziała, że Edgar opowie jej o rzeczach, które mogą w jakiś sposób wpłynąć na dalszy bieg wydarzeń. Zastanawiała się, co powinna zrobić, żeby nie spłoszyć chłopaka, co jak na razie świetnie jej wychodziło. Przyszła jej do głowy pewna myśl, choć niezgodna z zasadami jej etyki, na pewno skuteczna. Ciekawość jak zwykle przeważyła.
- Edgar, przepraszam – uśmiechnęła się przymilnie i sięgnęła do dłoni blondyna. Uścisnęła ją delikatnie i zachęcająco. – Mam zły dzień. Porozmawiajmy… Widzę, że chcesz mi powiedzieć coś ważnego.
Puchon oswobodził rękę i zrobił krok w tył.
- Nie. Nie powiem, nie powinienem…

- Posłuchaj tego. „Miłość to jest takie coś, czego nie ma. To takie coś co sprawia, że nie ma litości... To tak jakby budować dom i palić wszystko wokół... Miłość to jest słuchanie pod drzwiami, czy to jej buty tak skrzypią po schodach, miłość jest wtedy, jak do czterdziestoletniej kobiety wciąż mówisz Moja Maleńka i kiedy patrzysz jak ona je, a sam nie możesz przełknąć... Wtedy, kiedy nie zaśniesz, zanim nie dotkniesz jej brzucha... Wtedy, kiedy stoicie pod drzewem, a ty marzysz, żeby się przewróciło, bo będziesz mógł ją osłonić”*
- Jamie?
- Yhy… - dziewczyna uniosła głowę znad książki, a jej loki rozsypały się zabawnie wokół jej pucułowatej twarz. – Przeszkadzam ci, tak?
Leonard i Jamie siedzieli przy stoliku w Pokoju Wspólnym oddając się swoim ulubionym rozrywkom. Panna Hilt była pogrążona w lekturze kolejnego romansu, pan Strike przeglądał najnowszy numer „Młodego Mędrca”. Dookoła panował wesoły gwar, charakterystyczny dla piątkowych wieczorów, kiedy to można było wreszcie zapomnieć o nauce i przez chwilę poudawać, że nie ma prac domowych na przyszły tydzień. Drużyna, z Haroldem na czele, skupiła się przed kominkiem i rozprawiali o różnych strategiach. Jamie odwróciła się w ich kierunku i z uśmiechem patrzyła na Pottera. Chłopak właśnie rozrysowywał coś na dużym arkuszu papieru. Jego małe oczka błądziły w szaleńczym tempie między kolejnymi strzałkami i krzyżykami, których nikt inny zdawał się nie rozumieć.
- Nadaje się, prawda?
- Kto? – Leonard poprawił okulary i rozejrzał się po całym Pokoju Wspólnym.
- Harold, oczywiście. Jest świetnym kapitanem. I naprawdę zna się na tym co robi – powiedziała stanowczo Hilt. – Przynajmniej moim zdaniem.
Leonard nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wrócił do artykułu na temat nowych badań profesora Jeremiasza Loottera, dotyczących wykorzystania wiedzy czarnomagicznej w rozwoju siedemnastowiecznej transmutacji. Hilt przyglądała się koledze.
- Mógłbyś ze mną porozmawiać – zauważyła.
- Czytasz.
Gryfonka uśmiechnęła się smutno i wstała od stolika. Było coś w Leonardzie Strike’u, co przyciągało do niego Jamie. Dziewczyna nie rozumiała tego dziwnego oddziaływania. Leonard nie mówił zbyt wiele jeśli nie dotyczyło to osiągnięć naukowych jakiegoś znanego profesora, który stał tuż nad grobem i ostatnimi siłami, próbował zostawić po sobie jakąś pamiątkę, aby otrzymać Order św. Wincentego. Ona uwielbiała rozmawiać z ludźmi, tak samo zresztą jak uwielbiała ludzi. Strike wolał siedzieć pomiędzy regałami biblioteki i nie wychylać nosa zza książek, a większość przedstawicieli gatunku homo sapiens uważał za nic niewartych półgłówków. Różnili się pod każdym względem. Nawet, kiedy stali obok siebie, wyglądali dość zabawnie. On wysoki i chudy, ona niska i pulchna. A jednak Jamie lubiła ciszę, która towarzyszyła Leonardowi. Podobał jej się jego delikatny uśmiech, właściwie cień uśmiechu. I to jak świeciły mu się oczy, kiedy z pasją oddawał się lekturze lub doświadczeniom i wypróbowywaniu nowych zaklęć. Kiedyś weszła do pustej sali, gdzie Leonard i Gilbert ćwiczyli nowe zaklęcia. Usiadła na parapecie i przypatrywała się Strike’owi. W jego postawie było widać stanowczość i determinację. I to wtedy po raz pierwszy Jamie zaczęła myśleć o Leonardzie w inny niż dotychczas sposób.
Mimo wszystko jego stosunek do niej się nie zmienił. Wciąż traktował ją jako dobrą, miłą koleżanką i patrzył na nią z lekkim politowaniem, kiedy wyciągała swoje książki, nie mające nic wspólnego z literaturą naukową. Hilt uśmiechała się do niego, żartowała, udawała, że takie traktowanie nie robi na niej najmniejszego wrażenia, co zresztą wychodziło jej całkiem nieźle.
Jamie wyszła na korytarz. Gruba Dama nie zwróciła na nią najmniejszej uwagi, kiedy przechodziła przejściem pod obrazem, mimo że godzina była już dosyć późna. Gryfoni, którzy do tej pory szaleli w innych partiach zamku, zaczęli schodzić się do wieży. Jacyś czwartoklasiści zaczepili Jamie.
- Jest w Pokoju Wspólnym McGonagall czy nam się upiekło? – spytała roześmiana dziewczynka, ale Hilt nie potrafiła jej odpowiedzieć.
- Jest – usłyszeli głos Minny. – Zmykajcie.
Czwartoklasiści bez słowa zniknęli.
- Mogę ci potowarzyszyć w nocnych wędrówkach po zamku? – zapytała Minny. – Chciałabym porozmawiać o Jonesie.
- Jasne – Hilt od razu zapomniała o Leonardzie i uśmiechnęła się serdecznie do Minerwy. – O co chodzi?
- Właściwie to… Sama nie wiem. Chciał mi dzisiaj coś powiedzieć, a ja go zignorowałam. I nie wiem, co teraz mam zrobić, żeby wyciągnąć od niego te informacje.
- Och, Minny… Przecież Edgar je ci z ręki. Nie widzę problemu!
Minerwa nie wydała się być przekonana. Jednak na końcu korytarza pojawił się Gilbert i dziewczyna szybko pobiegła na zebranie prefektów, zostawiając Jamie samą.
Panna Hilt uznała, że spacer nie jest jednak najlepszym pomysłem i zawróciła w stronę wieży Gryffindoru. Tym razem, kiedy weszła do Pokoju Wspólnego, było tu jeszcze więcej osób niż poprzednio. Miejsce koło Leonarda zajął Harold. Chłopak od kilku dni chodził nachmurzony i nie był zbyt towarzyski, dlatego widząc teraz Pottera, który prowadzi ożywioną dyskusję i żartuje, Jamie uśmiechnęła się do siebie z radością.
- Pan mnie podsiadł, panie Potter – zauważyła.
- Och, przepraszam, mademoiselle! – chłopak szybko ustąpił dziewczynie miejsca i usiadł na oparciu fotela Strike’a. – Właśnie rozmawiamy na temat tego, czy czarna magia jest zawsze czarna.
- Ciekawie, ciekawie… - roześmiała się Jamie.
- Tylko dla tych, którzy mają na ten temat jakiekolwiek pojęcie – uciął Leonard, nie widząc w tym nic śmiesznego.
Blondynka spoważniała i spojrzała zdziwiona na kolegę, a potem przeniosła wzrok na Harolda, który też wydawał się być zmieszany po tym komentarzu.
- My mamy, Leo – stwierdził sztucznie wesołym tonem Potter, podejmując próbę rozładowania sytuacji.
- Tak… My mamy – uśmiechnął się krzywo Leonard i spojrzał znad okularów na Jamie tak, jakby chciał jej wyraźnie dać do zrozumienia, że jej to nie dotyczy.
Dziewczyna wstała z fotela, a Harold zrobił to samo, patrząc to na nią, to na Leonarda. Jamie uśmiechnęła się wymijająco, chwyciła książkę, która cały czas leżała na stoliku i zmieszana oddaliła się w kierunku dormitorium, pozostawiając chłopców samych. Leonard, ignorując wściekłe spojrzenie Harolda, wrócił do lektury.
- Chyba musimy porozmawiać… - zauważył Potter.
- Przecież rozmawiamy. Jak już mówiłem, czarna magia to określenie, dotyczące raczej…
- Do jasnej cholery, Leo! Jak mogłeś być tak nieuprzejmy? – przerwał mu Potter, siadając w fotelu naprzeciwko.
Harold nachylił się nad stołem tak, że Strike nie miał innego wyjścia jak tylko patrzeć mu prosto w oczy. Szybko jednak zrezygnował z tego i odwrócił głowę w stronę okna. Miał iście obrażoną minę i w żadnym wypadku nie poczuwał się do błędu.
- Nie moja wina, że jest przewrażliwiona i że nie ma nawet krzty samokrytycyzmu.
- Moim zdaniem, jeżeli ktokolwiek z nas nie ma samokrytycyzmu, to na pewno nie jest to Jamie – Harold zniżył głos do szeptu. – Kultura nakazuje, żebyś ją przeprosił.
- Kultura to sztywne normy, narzucone przez czarodziejów wyższych klas, które ograniczają, a wręcz okaleczają, jednostkę. Często to, co powinniśmy zrobić nie ma nic wspólnego z naszym faktycznym…
- Strike… - Potter syknął, przerywając ten, prowadzący do nikąd, wywód.
- Gdybym ją przeprosił byłoby to nieszczere. Nie jestem hipokrytą – warknął Leonard i zaczął zbierać swoje rzeczy.
Harold uśmiechnął się krzywo i rozsiadł się wygodnie w fotelu, przybierając pełną nonszalancji pozę. Śledził wzrokiem szybkie ruchy kolegi, kiedy ten zbierał swoje pergaminy. Gdy Strike sięgnął po ostatnią książkę, Potter szybko położył nogi na stole, przygniatając wolumin. Leonard zmarszczył czoło.
- I ty mi mówisz o kulturze? – zapytał wściekle i na tyle cicho, żeby nikt ich nie usłyszał.
- Może ja też nie jestem hipokrytą? – spytał rozbawionym głosem Harold.
Leonard nie skomentował tego, tylko szarpnął książkę i zabrał ją ze sobą. Nim zdążył dojść do schodów, prowadzących do dormitorium, usłyszał za sobą silny głos przyjaciela.
- Jesteś tchórzem, Leo!
Niektórzy Gryfoni, ci siedzący bliżej przerwali swoje zajęcia i zaczęli przyglądać się tej scenie. Wśród świadków zdarzenia byli także prefekci, którzy właśnie zdążyli wejść do Pokoju Wspólnego. Harold wstał i powoli podszedł do Leonarda, po czym wyjął z kieszeni różdżkę i skierował ją na jeden z pergaminów, który trzymał chłopak. Wyszeptał zaklęcie, a w ręku Strike’a zostało białe piórko.

- „Miłość to jest słuchanie pod drzwiami, czy to jej buty tak skrzypią po schodach…” – przeczytała cicho Jamie.
Poza nią w dormitorium nie było nikogo. Mogła więc szeptem raz jeszcze przeczytać ostatnie strony książki. Położyła się na swoim łóżku i solidnie zasunęła kotary, aby nikt nie zobaczył jej smutnej miny. Przyjaciele nie byli przyzwyczajeni do nachmurzonej lub nieszczęśliwej Jamie. Dziewczyna doskonale o tym wiedziała. Ale jednocześnie czuła dziwny żal. Chciała, żeby ktoś teraz usiadł koło niej i mocno trzymał ją za rękę. Stanął w jej obronie. Powtarzał do znudzenia, że nie znalazła się w Gryffindorze przez przypadek. Że tu pasuje. Że jest jedną z nich. Niby to wszystko wiedziała. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdzieś na dnie serca tlił się mały płomyczek niepewności, który w każdej chwili mógł wybuchnąć wielkim ogniem i spalić wszystko, co w Jamie było dobre. Gryfonka skrzywiła się pod nosem i raz jeszcze wróciła do lektury. Kiedy czytała dość szybko zapominała o realnym świecie i zaczynała żyć życiem bohaterów. Tego teraz najbardziej potrzebowała.
- „Miłość to jest słuchanie pod drzwiami, czy to jej buty tak skrzypią po schodach…” – powtórzyła po raz kolejny to samo zdanie. Zaraz potem w jej głowie pojawił się cień wspomnienia sprzed kilku chwil, a zaraz po nim myśl – Idiotka.


- Harold, chciałabym z tobą porozmawiać.
Chłopak nawet się nie odwrócił. Stał oparty o poręcz schodów i z pasją spoglądał w dół. Na korytarzu panowała zupełna cisza. Jedynie w oddali słychać było szepty postaci z obrazów, które życzyły sobie dobrej nocy. Wszyscy uczniowie, znajdowali się już w swoich domach, a prefekci pilnowali, aby któryś z ich podopiecznych nie wymknął się z Pokoju Wspólnego na nocny spacerek po zamku.
Potter stał na korytarzu dość długo. Jedynie w lekkiej, czarnej koszuli, kontrastującej z jego wyjątkowo bladą twarzą. Miał czerwone od zimna policzki i skostniałe ręce, których drżenie próbował ukryć, zaciskając dłonie w pięści. A może tak naprawdę nie miało to nic wspólnego z temperaturą? Może jego bladość wynikała ze strachu, który ogarnął go, gdy zdał sobie sprawę, co zrobił, rumieńce na policzkach były oznaką wściekłości, a zaciśnięte ręce tylko odzwierciedlały jego determinację?
Minny nie wiedziała. Stała w odległości i czekała cierpliwie, aż chłopak zdecyduje się w końcu odwrócić. Początkowo była na niego zła. Ale teraz, patrząc na jego zgarbioną sylwetkę, czuła jak złość powoli mija. W pierwszym odruchu, chciała do niego podejść i mocno go uścisnąć. Jednak wciąż pamiętała o tym, co się wydarzyło pomiędzy nimi w Sylwestra, co znacznie komplikowało sprawę. Stała więc bez ruchu, tuląc do siebie jego szatę, którą dostała od Gilberta, i czekała na jakąkolwiek reakcję chłopaka.
- Harold?
Nic. Nawet się nie odwrócił, ani nie mrugnął powieką. Minny uśmiechnęła się pod nosem. Przypominał jej trochę Feliksa, podczas ich pierwszych zajęć. Skoro jednak dała sobie radę z Hamiltonem, wierzyła, że i teraz wszystko skończy się szczęśliwie. Zrobiła kilka kroków do przodu.
- Chcesz dać mi szlaban za przebywanie poza dormitorium w czasie ciszy nocnej? – spytał z udawaną obojętnością.
- Tak. Ile mam ci odebrać punktów? Dziesięć za złamanie regulaminu i dwadzieścia za ignorowanie prefekta? – spytała surowym głosem, co sprawiło, że Harold wreszcie się do niej odwrócił. Patrzył na nią zdezorientowany, wierząc, że jest gotowa spełnić swoją groźbę.
- A ile punktów odbierzesz mi za ten numer z piórkiem? – spytał wyzywająco.
Tym razem to ona nie odpowiedziała. Patrzyła na niego poważnie, nie wiedząc co odpowiedzieć. Leonard początkowo nie chciał rozmawiać, ani z nią, ani z Gilbertem. W końcu jednak udało im się wydusić z niego strzępki informacji. Wiedziała tylko tyle, że pokłócili się o Jamie. Nic więcej. Minerwie trudno było opowiedzieć się po którejś ze stron, kiedy nie znała całej prawdy.
- Załóż to – podała mu szatę. – Zmarzłeś.
Harold niechętnie sięgnął po nakrycie i narzucił je na ramiona. Wpatrywał się teraz w czubki butów i uparcie trwał w milczeniu. Brak mu było jego zwyczajnej wesołości, a zamiast tego było w jego minie, coś co zaniepokoiło McGonagall. Znała Pottera wystarczająco długo, żeby domyślić się, że coś jest nie tak.
- Harold, czego ty się boisz? – spytała cichym, ciepłym głosem, który zaskoczył nie tylko chłopaka, ale i ją samą. Czuła melodia, która wplotła się między słowa, była czymś naturalnym. Tak jakby Minerwa urodziła się z taką zdolnością. Co więcej mur pomiędzy nią a Potterem zdawał się powoli kruszyć.
Chłopak podniósł gwałtownie głowę i wpatrywał się w ciemne oczy przyjaciółki. W trwającej właśnie chwili było więcej magii niż w całym Ministerstwie podczas najintensywniejszych godzin pracy.
- Niczego – szepnął chłopak i odszedł kawałek, żeby usiąść na schodach.
Minerwa nie czuła się przekonana. Przez chwilę wahała się, co powinna zrobić. W końcu usiadła obok Harolda, wytrwale patrząc przed siebie na obraz jakiejś starej wiedźmy, która drzemała w najlepsze. Kiedy czarownica chrapnęła głośno, Gryfoni podskoczyli. Spojrzeli po sobie zmieszani, a potem zachichotali zgodnie. Minny uśmiechnęła się delikatnie, czując, że już dawno nie było między nimi tak dobrze. Styczeń chylił się ku końcowi, a oni wciąż się do siebie nie odzywali, poza konieczną wymianą zdań na zajęciach. Aż do teraz.
- Czego się boisz? Tego, że to nie była słuszna decyzja? – powtórzyła pytanie Minerwa, wytrwale skubiąc rąbek swojej szaty.
- Nie. Przestraszyłem się, że mogę stracić fantastycznego kolegę. I… Że mogę go zniszczyć.
Minerwa uniosła wysoko brwi i spojrzała zaskoczona na przyjaciela.
- Wiem, to głupie… - szybko dodał z zakłopotaniem.
- Nie – od razu zaprzeczyła. – Chyba wiem, o co ci chodzi. Czasem, kiedy bardzo nam na kimś zależy, stawiamy mu duże wymagania, mówimy prawdę uparcie i nie zawsze w przyjemny sposób. Tylko zaraz potem przychodzi obawa, czy nie przesadziliśmy. Przychodzi pytanie czy ta osoba nie poczuła się przez nas zdradzona. Boimy się, że nam już nigdy nie zaufa. Że myśli, że celowo zrobiliśmy jej krzywdę, podczas gdy my chcieliśmy tylko…
- Właśnie – przerwał jej Harold.
Minerwa powróciła do skubania materiału. Przygryzła wargi. Oboje wiedzieli, że mówiła nie tylko o Leonardzie, ale i o tym co było pomiędzy nimi.
- Przestraszyłem się, że przesadziłem – szepnął Potter. – Działałem pod wpływem impulsu. Dopiero, kiedy zobaczyłem szczere przerażenie w oczach Leonarda, dotarło do mnie… On bardzo obraził Jamie. Może to nie wyglądało tragicznie. Może przesadziłem. Ale to nie był pierwszy raz, kiedy zasugerował jej, że jest od nas gorsza.
- Wiem.
- Tylko nikt wcześniej nie zwracał mu na to uwagi. Zawsze obracaliśmy to w żart, a Jamie udawała, że wszystko gra. Ale ona tylko udawała. Tak jak te bohaterki z jej romansów.
McGonagall przytaknęła stanowczym ruchem głowy. Wiedziała, że chłopak ma rację. Nie było jej jednak stać na żaden komentarz, bo sama wielokrotnie nie zrobiła nic, żeby stanąć w obronie przyjaciółki.
- Wciąż mam przed oczami to pełne żalu spojrzenie Leonarda – powiedział cicho Potter i wstał raptownie, jakby chciał na siłę zakłócić ciszę panującą na korytarzu. Ciszę, która była świadkiem, jego przyznania się do porażki.
- Co ma teraz zrobić, żeby zwrócić ci piórko?
- Nie wiem. Nie wyznaczyłem żadnego zadania. Sam musi znaleźć okazję, żeby udowodnić swoją odwagę.
- Będzie trudno.
- Ma być – uciął temat Harold. – Wracamy?
Minny znowu poczuła jak powraca dawny dystans. Rzuciła przelotne spojrzenie Potterowi i niechętnie wstała. Ruszyli w stronę Wieży Gryffindoru.




Eli.


komentarze [8]

21. >> sobota, 10 maja 2008 00:03:59

Ja wiem... Naprawdę wiem wszystko. Tylko, że to ta głupia matura. I przez nią nie mam na nic czasu. Ale jak się skończy to i ja doprowadzę historię Minny do końca. Obiecuję :)
Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
________________________________

21. Ulica Śmiertelnego Nokturnu


Prawda w oczy kole, a więc kłamstwo wolę.

Jan Izydor Sztaudynger


* * * * * * * *


- Minny, sprawdź czy wszystko wzięłaś.
- Wzięłam.
Dziewczyna zatrzasnęła wieko kufra i rozejrzała się po raz ostatni po pokoju. Zatrzymała dłużej wzrok na komódce, na której ustawiona była szkolna fotografia. Izolda mrugała z niej zalotnie oczami, Jamie ściskała w dłoni czekoladową żabę, a Felicja uśmiechała się delikatnie, zerkając kątem oka na Gilberta, który nie patrzył w obiektyw, ale szeptał coś na ucho Haroldowi. Minerwa i Leonard, z książką na kolanach, siedzieli na krzesełkach, pomiędzy którymi przemykał Petroniusz. Minny zawsze lubiła to zdjęcie. Spoglądała na nie często w czasie wakacji i myślała o tym, żeby jak najszybciej wrócić do przyjaciół. Teraz najchętniej zostałaby w domu.
- Minerwo, kochanie…
McGonagall wybiegła z pokoju i wpadła na korytarzu na mamę.
- O co chodzi?
- Weź bagaż. Odwieziemy cię na Pokątną, gdzie zrobisz ostatnie zakupy i spotkasz się z dziewczynkami. Pan Potter obiecał was potem odebrać i odtransportować do szkoły swoim powozem.
- Nie mogę jechać pociągiem? – spytała z nadzieją.
- Po co?
Matka uznała rozmowę za zakończoną i poleciła Horacemu znieść rzeczy panienki na dół. Minerwa poszła pożegnać się z babcią.
- Baw się dobrze, kochanie.
- Babciu, ale ja mam teraz bardzo ważne egzaminy…
- I jedną młodość – przerwała jej staruszka. – Od Sylwestra jesteś niezbyt zadowolona z życia.
Dziewczyna pokręciła przecząco głową i szybko przypomniała sobie, że nie pożegnała się jeszcze z ojcem. Nim pani McGonagall zdążyła cokolwiek powiedzieć, jej wnuczka pocałowała ją w policzek i w pośpiechu wybiegła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
Minerwa nie miała nastroju do opowiadania babci, co wydarzyło się w czasie sylwestrowego balu. Od kilku dni przeżywała wszystko na nowo, przypominając sobie szczegóły tamtej nocy i za każdym razem czuła tę samą mieszaninę uczuć. Radosnego podniecenia, strachu i zawodu. A to ostatnie najbardziej jej doskwierało.
Ufała Haroldowi i zawsze dobrze czuła się w jego towarzystwie. Był miły, inteligentny i pełen życzliwości. Nie kierował się stereotypami, tak jak niektórzy uczniowie. I mimo wszystko, to właśnie on ją zawiódł.
- Minerwo Ofelio McGona…!
- Odpuść sobie, co? – syknęła Minerwa widząc Williama, który właśnie zamierzał rozpocząć swoją przemowę.
Chłopak spojrzał na nią zdezorientowany.
- Masz trudne dni? – spytał, a siostra posłała mu groźne spojrzenie. – Dobrze, nie pytam… Ale tata czeka na ciebie w swoim gabinecie.
- Zaraz do niego przyjdę – westchnęła Minerwa, choć nie miała na to ochoty. Ojciec od rana chodził rozdrażniony i czepiał się każdego ze współlokatorów. Nie obyło się nawet bez scysji z jego żoną.
- Ale on wychodzi.
- Dobrze, Will. Już mi powiedziałeś!
William stał na schodkach i wpatrywał się ze zdziwieniem w Minny. Miał ochotę powiedzieć jej, że zachowuje się dziś dokładnie tak samo jak ich ojciec, ale nie chciał jej jeszcze bardziej drażnić, więc wyminął ją i pobiegł do swojego pokoju.
- Minerwo, czy mogłabyś mi pomóc?
Dziewczyna zauważyła, że w drzwiach kuchni stoi Zelda. Trzymała w rękach duży, wiklinowy kosz, który zapewne pełen był smakołyków. Minerwa uwielbiała jej wypieki, więc z uśmiechem wzięła od niej „bagaż”. Ruszyły razem do piwnicy, skąd wzięły jeszcze dwie butelki porzeczkowego soku i olbrzymi słoik konfitur. Zelda wybrała też czerwone wino do dzisiejszego obiadu i dopiero teraz poszły na górę. Minny nie zdawała sobie sprawy, że zajęło im to tyle czasu. Dopiero, gdy roześmiana weszła do korytarza, w którym stał już ubrany William, zdała sobie sprawę, że powinna już dawno być gotowa do drogi. Matka posłała jej pełne dezaprobaty spojrzenie, więc Minerwa szybko narzuciła na ramiona płaszcz i pobiegła do gabinetu ojca. Zapukała, ale nikt nie odpowiedział.
- Tata, już pojechał do pracy, Minny – usłyszała za sobą głos babci.

*

- Zakupy zrobione, lody zjedzone…
- Jamie, mogłabyś mnie łaskawie oświecić, dokąd prowadzą twoje wyliczanki? – spytała znużona Izolda. Do spotkania z chłopcami pozostała im jeszcze godzina, więc dziewczyny siedziały w niewielkiej kawiarni przy ulicy Pokątnej. Za oknem padał śnieg i wiał silny wiatr. Minny marzyła tylko o tym, żeby znaleźć się już w swoim łóżku w dormitorium, schować się pod ciepłym kocem i zacząć czytać jakąś książkę.
- W porządku?
McGonagall otrząsnęła się z zamyślenia i spojrzała na zaniepokojoną Felicję. Uśmiechnęła się do niej wymijająco i poszła zamówić jeszcze jedno ciastko. Kiedy tylko wsiadła do powozu, który miał ją odwieźć na Pokątną, poczuła dziwny smutek, utrzymujący się do tej chwili. Żałowała, że nie pożegnała się z ojcem, a z drugiej strony miała do niego żal, że na nią nie zaczekał, albo sam do niej nie przyszedł. Jak zwykle praca była dla niego najważniejsza.
- Coś podać, skarbie? – spytała podstarzała kelnerka.
- Nie, dziękujemy – odpowiedziała Izolda, która pojawiła się nagle za plecami Minerwy. – Chodź, idziemy w odwiedziny do Gilberta!
- Oszalałaś? On mieszka na Nokturnie.
Panna Strawber roześmiała się i pokręciła głową, jakby Minerwa była małym dzieckiem. Dziewczyny zarzuciły na głowę kaptury i zaczęły przedzierać się przez śnieżną zawieruchę. Felicja poślizgnęła się i upadła na ziemię, co trochę rozluźniło nerwową atmosferę. Wszystkie dziewczyny wiedziały, że nie powinny chodzić w pewne rejony magicznej części Londynu, ale z drugiej strony nie protestowały zbytnio, kiedy Izolda to zaproponowała.
W końcu znalazły jedną z bocznych uliczek, które prowadziły do najgorszej dzielnicy czarodziejskiej Anglii. Minny, która do tej pory szła trochę z tyłu, szybko podbiegła do koleżanek, naiwnie wierząc, że nikt nie ośmieli się zaczepić większej grupy.
- Oho! – usłyszały skrzeczący głos tuż za sobą. – Jakie ładne futerko.
Felicja i Minerwa wymieniły przestraszone spojrzenia i wolały się nawet nie odwracać. Na wszelki wypadek McGonagall zacisnęła palce wokół różdżki, gotowa w każdej chwili jej użyć.
Całe szczęście nie było takiej potrzeby. Nim zdążyły wmieszać się w tłum podejrzanych czarodziejów na Nokturnie, mignęła im postać małego chłopca, niezwykle podobnego do Gilberta.
- Adam! – krzyknęła Izolda, a chłopczyk zatrzymał się i uśmiechnął się szeroko. Przez chwilę patrzył podejrzliwie na dziewczęta, aż w końcu zniknął za starą, nadając się do rozbiórki kamienicą.
- Co on robi? - Jamie czuła się coraz bardziej nie swojo. – Mamy za nim iść?
- Czekaj.
Minerwa nie była do końca przekonana czy stanie na środku ulicy było dobrym rozwiązaniem. Dziewczyny bardzo wyróżniały się z tłumu. Ich płaszcze i szaty świeciły nowością w porównaniu z brudnymi, ciemnymi materiałami, w które ubrani byli czarodzieje dookoła. Felicja złapała Minny za nadgarstek i wskazała brodą, na trzech młodych mężczyzn, którzy obserwowali ich z zainteresowaniem, szepcząc pomiędzy sobą.
- Chodźmy stąd – szepnęła rudowłosa dziewczyna.
- Właśnie. Chodźcie… Co wy tu w ogóle robicie? – usłyszały tuż za sobą cichy, lekko zachrypnięty głos.
Minerwa odwróciła się gwałtownie, stając twarzą w twarz z wysokim, przystojnym mężczyzną, który mógł mieć co najwyżej trzydzieści lat. Nie widziała go nigdy wcześniej. Był ubrany w szarą koszulę, której rękawy zawinął do góry, oraz w obcisłe, czarne spodnie. Nie przypominał tych wszystkich typów z podziemnej gwiazdy, które krążyły po Nokturnie, ale mimo wszystko w jego spojrzeniu było coś groźnego i tajemniczego, co niepokoiło Minny.
- Dzień dobry – Izolda uśmiechnęła się. – Szukamy Gilberta Clearwatera.
- Na Nokturnie? – mężczyzna uniósł z rozbawieniem brwi. – Panienki tu nie pasują…
- Nie pytamy pana o zdanie – syknęła wściekle dziewczyna i spojrzała na milczące koleżanki. – Prawda, dziewczyny?
Żadna z nich się nie odezwała. Jamie była zbyt zajęta oglądaniem kamienicy z czerwonej cegły, na której wyraźnie było widać ślady zaschniętej krwi. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała na Izoldę, a potem na czarodzieja.
- Pan ma rację…
- I wy należycie do Gryffindoru – Izolda przewróciła oczami. – Skoro jednak już tu jesteśmy, a pan do nas przybył, jak się domyślam na prośbę Adama, to czy mógłby pan nas zaprowadzić do Clearwaterów?
- Chodźcie…

- Iz? Minny?!
- Cześć – Izolda uśmiechnęła się promiennie do Gilberta, który wpatrywał się w szoku w koleżanki.
- Co wy tu robicie, do cholery?
- I to się nazywa mile powitanie – westchnęła panna Strawber i usiadła na drewnianym stołku, który stał przy śmietniku.
Towarzyszący im mężczyzna uśmiechnął się do dziewczyny, widząc jak swobodnie czuje się w tutejszej okolicy. Tymczasem Minerwa spojrzała na dom, z którego przed chwilą wyszedł Clearwater. Była to nieduża, zaniedbana kamienica z czerwonej cegły, taka jakich było tu pełno. Na parterze znajdował się sklep, należący do matki Gilberta. Trudno było jednak zobaczyć cokolwiek przez duże, zupełnie ciemne i brudne szyby. Ktoś wylał na nie chyba czarną farbę, a część była pokryta sadzą. Minny przypomniała sobie, że jakiś czas temu w okolicy wybuchł pożar i zapewne nikt jeszcze nie uprzątnął wszystkiego do końca.
Gilbert nie wydawał się być zachwycony wizytą przyjaciółek. Podziękował sąsiadowi za pomoc i zaprosił dziewczyny do środka. Klatka schodowa, na którą weszli była cała czarna od sadzy, a na suficie widniały plamy od wilgoci. Stwierdzenie, że jest to nieprzyjemne miejsce, byłoby wielkim eufemizmem.
- Macie szczęście, że jeszcze nie jest późno. Dopiero późnym popołudniem zaczyna się tu „prawdziwe” życie – stwierdził sucho Gilbert i zaprowadził je na piętro.
Już na schodach Minny usłyszała skrzypnięcie drzwi. Przyspieszyła i zrównała się z Gilbertem, który zaciskał usta w wąską kreskę.
- Przepraszam za ten nalot. Właściwie to był pomysł Izoldy, ale my wszystkie…
- Nie ma sprawy – przerwał jej rozdrażnionym głosem chłopak.
Podeszli do lekko uchylonych drzwi i weszli do środka. W przedpokoju stał chłopiec, którego spotkały wcześniej na ulicy.
- Adam, idź się pobawić, co? – Dziecko posłało bratu niezadowolone spojrzenie, ale grzecznie wybiegło na klatkę schodową. – Przepraszam. Nie mam was chyba czym poczęstować…
- Och, chciałyśmy się z tobą po prostu zobaczyć – stwierdziła Jamie.
Stali w niewielkim, zagraconym pokoju. Pod ścianą znajdowały się dwa piętrowe łóżka, a z drugiej stoły leżał materac, przykryty kocem. Właściwie w pokoju nie było miejsca na nic innego, poza ustawionymi na podłodze pudłami, pełnymi książek i ubrań. Gilbert zaczął miotać się w tym bałaganie, aż w końcu znalazł trochę miejsca i przyniósł z kuchni dwa krzesła. Minerwa przetransmutowała leksykon ziół w niewielki stoliczek, na którym chwilę później Gilbert postawił imbryk z herbatą i filiżanki.
- Nie uporządkowaliśmy jeszcze rzeczy po pożarze… - wytłumaczył się niezgrabnie.
- Nie szkodzi. Jak święta? – spytała Jamie.
Atmosfera była dość napięta i dziewczyny już zaczynały żałować, że tu przyszły. Felicja wpatrywała się z uporem w profil Gilberta z nadzieją, że na nią spojrzy, ale chłopak zdawał się robić wszystko, żeby tylko nie napotkać jej wzroku. Nagle usłyszeli krzyk, dochodzący z ulicy, co przerwało kłopotliwe milczenie. Minerwa automatycznie wstała i podbiegła do okna. Przez brudną szybę, spostrzegła zarys sylwetki młodej dziewczyny, która szamotała się z jakimś starszym mężczyzną w połatanej szacie. Czarodziej był pijany, w związku z czym wystarczyło jedno mocniejsze pchnięcie, żeby zatoczył się do tyłu, upadając na stertę śmieci.
- To jej ojciec – wytłumaczył lakonicznie Clearwater, który stanął tuż za plecami Minny. – Zostaw to i chodź do nas.
- Za chwileczkę – McGonagall nie chciała tego tak zostawić. Była prefektem, a to oznaczało coś więcej niż tylko noszenie oznaki. Nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, zbiegła na dół.
Czarownica wciąż tam stała. Niska, ciemna blondynka, z dużymi zielonymi oczami jakich wiele. Nie miała w sobie jakiejś szczególnej cechy, ale mimo to była dość ładna mimo, że jej twarz była brudna, a ubranie stare i podarte. Minerwa od razu zauważyła, że młoda kobieta ma śliczne, szczupłe dłonie o długich palcach.
- Powinna pani grać na fortepianie, a nie nosić, takie ciężary – zauważyła Minerwa, podchodząc bliżej i sięgając po jedno z pudeł, które właśnie podnosiła czarownica. – Mogę pomóc?
- Dam sobie radę, dziękuję – kobieta uśmiechnęła się nieśmiało i spojrzała za siebie, na leżące na ziemi mężczyznę, który szeptał coś pod nosem. – Przepraszam za niego.
McGonagall uśmiechnęła się niezbyt szczerze, ale kobieta nie zwróciła na to uwagi, tylko ruszyła do przodu. Minny przez chwilę zastanowiła się jak wróci do domu Gilberta, ale teraz kiedy już zaoferowała pomoc, nie wypadało jej się wycofać. Całe szczęście nie zaszły daleko. Czarownica mieszkała w kamienicy przy tej samej ulicy. Sprowadziła Minny do sutereny. McGonagall ostrożnie stawiała kroki na drewnianych, pokrytych grzybem schodach, starając się nie pokazać swojego obrzydzenia.
- Mam na imię Blanka – uśmiechnęła się wiedźma, kiedy już zeszły na dół i stanęły przed solidnymi drzwiami, zza których dobiegały jakieś głosy.
- Minerwa.
Blanka nacisnęła klamkę i zaprosiła Minny do środka. Znalazły się w małym pokoiku. W centrum stał ogromy stół, dookoła którego siedziała gromadka dzieci. Kiedy tylko zobaczyły, że ktoś przyszedł, podniosły do góry swoje małe główki i rzuciły się na czarownicę, przekrzykując się nawzajem i śmiejąc się głośno. Minerwa stała z boku, czując się trochę jak intruz.
- Mamy gościa. To jest Minerwa, a to jest moje rodzeństwo – uśmiechnęła się Blanka i zabrała od McGonagall pudło. – Ojciec drugi raz się ożenił i powiększyła nam się troszkę rodzina… Usiądziesz?
- Na chwilkę – Minny przysiadła na jednym z krzeseł, trochę skrępowana. Rozejrzała się dookoła. W pomieszczeniu było ciemno, a pod sufitem unosiły się łojowe świeczki. Powietrze przepełnione było zapachem wilgoci i Minerwa poczuła, że coś zaczyna ją drapać w gardle.
- Dzieciaki, idźcie na dwór! Obiad będzie dopiero za godzinę.
- Ale, Blan…
- Już! – pokrzykiwała na rodzeństwo gospodyni, ale w jej na pozór groźnym tonie, można było wyczuć rozbawienie. – Teodorze?
Minny dopiero teraz zauważyła, że tuż pod Niskiem, nie dającym zbyt wiele światła, oknem siedzi chłopczyk. Mógł mieć co najwyżej dziesięć lat. Mrużyl intensywnie oczy i wodził wzrokiem po literach książki. Było w tym obrazku, coś co sprawiło, że serce Minny zamarło. Przez chwile cały świat zatrzymał się na delikatnych dłoniach chłopaka, który zaciskał palce na okładce, tak jakby była to największa świętość. Czytał zachłannie, nie zwracając uwagi na komentarze siostry.
- Teodor, weź tę książkę i idź na dwór. Wiesz, że tu nie ma światła. Zepsujesz sobie oczy.
Chłopczyk oderwał się od lektury i spojrzał z wyrzutem na Blankę. A potem szybko wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami. Zapanowała cisza.
- Przepraszam. Mamy tu troszkę bałaganu – powiedziała czarownica, siadając naprzeciwko Minerwy i stawiając na stole dwie szklanki i butelkę jakiegoś napoju. Widząc zmieszaną minę McGonagall roześmiała się życzliwie. – To sok z czarnej porzeczki.
- Och… Dziękuję. Więc…
Drzwi skrzypnęły cicho i pojawiła się w nich głowa, znanego już Minerwie młodego mężczyzny. Uśmiechnęła się do niego.
- Gilbert cię szuka. Podobno macie jechać razem do szkoły…
- Tak. Muszę już iść – Minerwa z radością wstała i zwróciła się do Blanki – Miło było cię poznać.
- Odprowadzę cię – zaoferował się czarodziej.
McGonagall kiwnęła głową i minęła go w drzwiach. Weszła już na schody, gdy kobieta wybiegła jeszcze za nimi.
- Malcolm, gdybyś mógł jeszcze potem przyjść na chwilę…
- Wieczorem. Teraz jadę do Hamiltonów – pocałował Blankę w policzek.
Minerwa patrzyła na niego przez chwilę bez słowa, a potem ruszyła jego śladem.

- Cieszę się, że wracamy do Hogwartu, wiesz? – Jamie z uśmiechem, przyglądała się zmieniającemu się za oknem krajobrazowi. Dziewczyny jechały jednym powozem, a chłopcy drugim. – Minny, czy ty mnie słuchasz?
McGonagall pokiwała głową, ale jej wzrok był nieobecny. W końcu spojrzała na Jamie, która zamilkła na dłuższą chwilę.
- Ja też się cieszę.
- Nie widać.
Minerwa uśmiechnęła się krzywo i zaczęła wpatrywać się w kwiecisty wzorek na rękawiczce. Wciąż myślała o mężczyźnie, którego spotkała na Nokturnie. Miała dziwne przeczucie, że skądś go zna albo kogoś bardzo jej przypomina. A poza tym w rozmowie z Blanką użył nazwiska Feliksa. Co wspólnego może mieć arystokrata i chłopak z Nokturnu?
- To zbieg okoliczności – szepnęła sama do siebie i poczuła lekką ulgę.
- Mówiłaś coś? – ucieszyła się Jamie.
- Nie… To znaczy… Daleko jeszcze?
- Nie wiem. Felicjo, a ty też błądzisz gdzieś myślami? – panna Hilt spojrzała z wyrzutem, na drugą milczącą towarzyszkę.
- Nie mam nastroju – skrzywiła się rudowłosa dziewczyna. – Niepotrzebnie odwiedzałyśmy Gilberta. On nas tam nie chciał.
- Teraz i tak tego nie zmienisz- syknęła Izolda, unosząc głowę znad Proroka Codziennego. – I nie mów, że to moja wina, że się pokłóciliście.
- Pokłóciliście się? – zainteresowała się nagle Minerwa.
- Proszę cię… - Felicja westchnęła ciężko. – Nie ma nawet o czym mówić. On jest uparty i dziwny. To wszystko. I musi mieć o mnie bardzo dobre zdanie, skoro myśli, że patrząc na ludzi oceniam ich ze względu na pieniądze – skrzywiła się.
Minny, siedząca najbliżej Gryfonki, uścisnęła jej rękę. Powóz powoli zwolnił i zatrzymał sie przed bramami Hogwartu. McGonagall wyszła jako pierwsza i spojrzała z uśmiechem na zamek. Niebo było już ciemnogranatowe, a szkoła wydawała się być jeszcze większa i potężniejsza niż zwykle. Minny czuła, że tu jest jej miejsce na ziemi. Zamknęła oczy i odetchnęła mroźnym powietrzem, wsłuchując się w wesołe odgłosy, krzątających się przy powozach przyjaciół. Wypełniło ją uczucie błogości, której nie oddałaby za żadne skarby świata.
- Minny, to twój kufer czy mój? – spytał Leonard. – Są podobne.
- I jest w nich tyle samo książek – zażartował Gilbert.
Minny odwróciła się i napotkała spojrzenie Harolda, który przyglądał jej się przez cały ten czas. Miał poważną, pełną żalu minę. McGonagall odwróciła wzrok i podeszła do Leonarda.
- To twój kufer, Minny?
- Tak.


Eli.


komentarze [5]

20. >> środa, 13 lutego 2008 21:23:45

Troszkę mi się obsunęły notki. Wiem. Przepraszam. I akcja mi się koszmarnie ciągnie. Też wiem i przepraszam. I za to, że ten odcinek jest bardzo krótki i przypomina telenowelę też bardzo przepraszam. W rozdziale 22 (a właściwie już w 21) wrócimy wreszcie do Hogwartu.
Do tego ciągle mam "coś" i nie miałam czasu, żeby poprzeglądać wasze blogi, a jeśli już to zrobiłam to nie było mnie stać na komentarze. Przepraszam - mea culpa.

Chciałabym zadedykować ten rozdział wszytskim czytelnikom.
Pozdrawiam serdecznie.


___________________________________

20. Sylwester cz. II


Błędy człowieka czynią go sympatycznym.

Johann Wolfgang Goethe


* * * * * * * *

W życiu każdego człowieka zdarzają się takie chwile, kiedy czas staje w miejscu, a różnica między jedną a drugą sekundą zdaje się być wiecznością. Tak właśnie czuła się Minerwa McGonagall stojąc przed Feliksem Hamiltonem, który nie tylko nie był zdziwiony jej obecnością, ale także uśmiechał się bezczelnie lustrując dziewczynę krytycznym wzrokiem. Czarownica nie wiedziała co ma powiedzieć, więc wytrwale czekała, aż Ślizgon zdecyduje się przerwać tę niezręczną ciszę. Chłopak jednak nie miał takiego zamiaru. Powoli, wręcz leniwie, przeniósł wzrok na Pottera i podał mu rękę na przywitanie, po czym wyminął ich i podszedł do stojącego nieopodal Parkinsona. Minerwa odwróciła się gwałtownie, wytrącając kieliszek z ręki nieznanej jej czarownicy. Kobieta krzyknęła oburzona, zwracając na siebie uwagę gospodarza, który zaraz podbiegł do niej i zaczął zapewniać, że mimo niewielkiej plamki wygląda pięknie i wyjątkowo. Minerwa nie zwróciła na całe to zamieszanie najmniejszej uwagi i podeszła do Feliksa, zostawiając Pottera z wściekłą damą i panem Malfoyem.
- Panna McGonagall – Parkinson uśmiechnął się z dziwną wyższością. Niemal od razu identyczny uśmieszek pojawił się na twarzy Feliksa.
- Feliks, czy możemy…
- Popatrz, Tom, jak to w życiu bywa – totalnie ją zignorował. – Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem…
- Zawsze – dokończył filozoficznym tonem starszy chłopak i skłoniwszy się, odszedł w stronę sali balowej, zostawiając Minerwę i Feliksa samych.
- Chciałabym porozmawiać.
- Doprawdy? – Hamilton roześmiał się nieprzyjemnie, aż po plecach dziewczyny przeszły ciarki. – Ja bym nie chciał – syknął wprost do jej ucha. – Ale możemy zatańczyć. Ewentualnie.
Minny zacisnęła wargi w wąską kreskę i zaczęła w myślach liczyć do dziesięciu, żeby się uspokoić. W końcu spojrzała przelotem na Harolda, który stał trochę zagubiony przy jakiejś małej dziewczynce, i zdecydowała się przyjąć propozycję Ślizgona.
- W takim razie chodźmy na parkiet.
Feliks uniósł zaskoczony brwi, ale po chwili kiwnął głową na znak, że się zgadza i podał Minerwie ramię. Na sali nie było wielu par. Większość gości rozmawiała po kątach. Orkiestra grała wolnego walca, a Feliks świetnie prowadził. Minny starała się nie patrzeć mu w oczy, nie czując się zbyt pewnie, mimo to po chwili zupełnie zatraciła się w tańcu i zupełnie zapomniała o sporze pomiędzy nimi. Gdzieś w tle mignęła jej sylwetka Maksa, ale nie poświęciła mu większej uwagi. Kiedy muzyka ucichła, Feliks pocałował jej dłoń i odprowadził ją na bok.
- Nie zachowujmy się jak dzieci – poprosiła, łapiąc jego rękę. Miał ciepłe, delikatne dłonie i Minerwa uśmiechnęła się delikatnie. Mina Feliksa wciąż jednak pozostała niewzruszona, a jego oczy przypominały teraz dwa sople lodu. – Bardzo mi zależy na tym, żebyś dał mi szansę… Żebyś spróbował zrozumieć.
Hamilton utkwił spojrzenie w czubkach swoich butów. Na jego twarzy widać było skupienie i w sercu Minerwy zapaliło się światełko nadziei. Nieświadomie zaciskała coraz mocniej dłoń na ręce chłopaka, aż ten syknął z bólu. Dziewczyna od razu odskoczyła spłoszona, co tylko rozbawiło Feliksa.
- Chodź – powiedział.


- Koleżanka cię zostawiła?
Harold odwrócił się gwałtownie, co spowodowało, że Heraklita zaczęła się szaleńczo śmiać. W końcu jednak uspokoiła się i przybrała dość poważną minę. Usiedli na niedużej sofie.
- Jak się bawisz?
- Można powiedzieć, że dobrze, pani profesor.
- Pani profesor – kobieta skrzywiła się. – Straciłam już tę posadę. I całe szczęście! Chyba najwyższa pora przejść na ‘ty’, nie sądzisz?
Chłopak przyjrzał się uważnie swojej nauczycielce. Jej oczy pełne były blasku, który sprawiał, że jej i tak delikatna twarz, stawała się jeszcze ładniejsza i młodsza. Miał wrażenie, że rozmawia z równolatką, a w takich warunkach zachowanie szkolnych układów było dość trudne.
- Nie jestem pewny, czy to dobry pomysł.
- Och, Harold! Nie żartuj – roześmiała się. – Kobietom się nie odmawia. Czy życie cię jeszcze tego nie nau… Tutaj proszę! – krzyknęła, kiedy tylko zobaczyła kogoś z butelką szampana. – Napij się ze mną, Harold.
- Pani już chyba wypiła dość dzisiejszego wieczoru – zauważył grzecznie Potter.
Kobieta pokręciła przecząco głową, a jej długie loki rozsypały się z wdziękiem wokół jej twarzy. Jednym haustem opróżniła kieliszek, a chłopak poczuł się w jej towarzystwie jeszcze bardziej zmieszany.
- Pytała pani o Minerwę. Rozmawia z Feliksem.
- I dobrze! Może wreszcie wszystko sobie wyjaśnią… - nauczycielka na chwilę spoważniała i nachyliła się w kierunku Harolda. Tym razem jej spojrzenie było jednak zimne i całkowicie trzeźwe. – Pasują do siebie. Wiesz o tym, prawda?
Harold nie odpowiedział, tylko odwrócił głowę i spojrzał w jakiś punkt przed siebie. Heraklita uśmiechnęła się krzywo, z lekką satysfakcją. Zaczęła bawić się pustym kieliszkiem.
- Mężczyźni z tej rodziny są okrutni. Niszczą wszystko i mają w nosie uczucia innych. Wiem coś o tym – powiedziała tak cicho, że Harold ledwo ją mógł usłyszeć.
- To nie moja sprawa, pani profesor – powiedział zmęczonym tonem chłopak.
- Mnie nie oszukasz. Zbyt wiele rzeczy widziałam i przeżyłam, a jeszcze więcej mi przypisywano w tych cholernych plotkach – roześmiała się. – Właściwie to… Całkiem ciekawy życiorys mi napisali.
Dla Harolda nie było to tak śmieszne jak dla dość pijanej kobiety. Nagle chłopak zdał sobie sprawę, że sofa, na której siedzieli, jest wyjątkowo wąska i właściwie panna Malfoy opiera się na nim, żeby było jej wystarczająco wygodnie. Poczuł się zmieszany i ruszył się, żeby wstać, ale czarownica złapała go za łokieć i nie pozwoliła mu się podnieść.
- Obiecaj mi coś, Haroldzie – szepnęła wprost do jego ucha, a widząc, że obserwuje ich jedna stara pani Lastrange, pocałowała chłopaka w policzek. – Jeśli Feliks Hamilton stanie na twojej drodze do szczęścia zniszcz go…
- Pani profesor! – chłopak oburzył się i wstał gwałtownie, a Heraklita przewróciła się na drugą stronę sofy.
Kobieta wstała i zrównała się z oburzonym i zdziwionym Haroldem. W tej chwili zdawała się być zupełnie trzeźwa i świadoma tego, co mówi.
- Zniszcz go bez skrupułów. Tak jak zrobił ze mną jego brat. Oni nie mają serca, ani sumienia. Wczoraj zabili własną matkę, jutro zrobią to samo z twoją Minerwą.
Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo i odeszła, zostawiając przerażonego chłopaka samego.

- O czym chcesz ze mną rozmawiać? – spytał Feliks, kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi pokoju gościnnego. Minerwa usiadła na fotelu i spojrzała na swoje dłonie.
- Wiesz o czym…
- O tym, że mieszasz się w moje sprawy? – syknął.
- Tak.
- A może o tym, że wmieszałaś w to masę innych osób, robiąc z mojej tragedii przedstawienie? – spytał oschle, na co Minerwa poruszyła się niespokojnie i utkwiła w nim swoje duże, niebieskie oczy.
- To nie tak…
- To wszystko, co masz na swoje wytłumaczenie? – roześmiał się, ale był to oschły, wymuszony śmiech, który przypominał raczej kaszel.
- Chciałam ci pomóc. Owszem, kierowała mną ciekawość, ale… Naprawdę chciałam ci pomóc. Myślałam, że może…
- Nie myśl, słońce –szepnął niemal ze słodyczą. – To nie jest twoja domena.
Dziewczyna powstrzymała się od komentarza. Na początku bardzo chciała porozmawiać z Feliksem. Układała sobie w głowie setki scenariuszy, w jakich okolicznościach miałoby do tej rozmowy dojść i jak miałaby ona wyglądać. Jednak kiedy przyszło, co do czego, Minny nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Siedzieli więc w milczeniu, zastanawiając się czego właściwie każde z nich oczekuje od drugiego. W końcu McGonagall zdobyła się na odwagę i podeszła do Feliksa, który zajął teraz strategiczne miejsce przy oknie i bez emocji obserwował padający za oknem śnieg. Nieśmiało położyła rękę na jego ramieniu. Chłopak nawet nie drgnął.
- Rozumiem, że popełniłam ogromny błąd. I zamierzam ponieść tego konsekwencje. Na początku chciałam się dowiedzieć, więcej na temat wypadku twojej matki, bo zdaję sobie sprawę, że był on dla ciebie wielkim ciosem i miałam nadzieję, że jeśli będę wiedzieć to… To zrozumiem ciebie. Nie chciałeś współpracować na korepetycjach. A ja pragnęłam ci pomóc.
-Pragnęłaś mi pomóc – parsknął z pogardą, wciąż jednak się nie odwracając. – Mi czy sobie? Może po prostu chciałaś dalej pielęgnować wizerunek idealnej pani prefekt?
Dziewczyna zamknęła oczy. Bała się, że jeśli tylko podniesie powieki, to polecą spod nich łzy. Cieszyła się, że stali w ciemnym pokoju, a jedynym jasnym punktem była smuga księżycowego światła, które odbijało się od śniegu i wpadała przez okno do pokoju. W takich warunkach łatwiej było ukryć, malujące się na jej twarzy uczucia. Żal, strach, poczucie winy.
- Nie chciałaś mi pomóc. Bałaś się swojej osobistej porażki – kontynuował cicho. – A potem zaczęło cię to bawić. Wielka przygoda. Mała Minny prowadząca wielkie śledztwo. I ten dreszczyk emocji… Mam rację?
Nie odpowiedziała. Głos ugrzązł jej w gardle.
- To…
- To nie tak? – syknął wściekle i odwrócił się gwałtownie, chwytając dziewczynę za nadgarstki i jednym sprawnym ruchem popychając ją na szeroki parapet. Teraz role się odwróciły. Feliks stał w cieniu pokoju, a Minerwa siedziała na parapecie, opierając głowę o zimną szybę. Światło z zewnątrz padało wprost na jej twarz i nie mogła dłużej ukryć swoich łez.
- Masz rację.
- Tak? – zacisnął mocniej ręce, aż dziewczyna poczuła ból, który o dziwo, był dla niej czymś przyjemnym i kojącym. Tak jakby zmniejszał cierpienie jej duszy.
- Tak. Przepraszam… Tylko tyle mogę teraz powiedzieć. Czego jeszcze chcesz? – spytała drżącym głosem. – Tak, jestem głupia i próżna. A z drugiej strony jestem zakompleksioną dziewczynką, która całe życie musi sobie i innym coś udowadniać. To chcesz usłyszeć? – teraz już prawie krzyczała. – Że przez tę jedną chwilę czułam, że robię coś ważnego, potrzebnego i jestem warta więcej niż ci wszyscy głupi uczniowie Hogwartu razem wzięci?
Patrzyła na niego zrozpaczonym wzrokiem i zdała sobie sprawę, że jego wyraz twarzy nie wyraża zupełnie niczego. Tak jakby był obojętny na cały świat. Na jej ból i upokorzenie. Na własne cierpienie.
- Feliks… Przepraszam.
Hamilton powoli rozluźnił uścisk, a potem po prostu ją przytulił. Dziewczyna była zupełnie zaskoczona. Zesztywniała, ale po chwili poczuła, że coś zaczyna w nich obojgu pękać i te wszystkie granice, które ich dzieliły przez ostatnie tygodnie zaczynają po prostu znikać jak za dotknięciem różdżki. Nieśmiało wtuliła się w ramiona chłopaka, ale po chwili usłyszała trzask zamka w otwieranych drzwiach i odskoczyła od Feliksa. Najwidoczniej nie wystarczająco szybko.
- Minny?
Minerwa nie zamierzała się tłumaczyć. Odwróciła twarz, ale Harold zdążył już zauważyć ślady łez na jej policzkach. Słowa Heraklity Malfoy, które wciąż wydawały się być nie prawdą, nagle nabrały sensu.
- Coś ty jej zrobił? – warknął wściekle.
- Nie twój interes!
McGonagall szybko stanęła pomiędzy chłopcami, ale jej obecność zdawała się nie być dla nich problemem.
- Minny? Co się…
- Nieważne. Wyjdź stąd, Harold – poprosiła trochę zbyt ostrym tonem. – Rozmawiamy.
- Rozmawiacie? - roześmiał się z niedowierzaniem. – Nie chcesz mi chyba wmówić… Zresztą nieważne, wyjdź stąd. A ty – spojrzał gniewnie na Feliksa – jeśli ją tkniesz to przysięgam ci, że cię zabiję.
- Harold!
Hamilton uśmiechnął się krzywo i podszedł do chłopaka tak, żeby tylko on mógł go słyszeć.
- A co chciałbyś być na moim miejscu? Masz mi czego zazdrościć...
Potter w jednej chwili rzucił się na Ślizgona z pięściami. Minerwa krzyknęła i odskoczyła w bok jak oparzona. Niestety nie miała przy sobie różdżki, żeby cokolwiek zrobić, a bez niej czuła się zupełnie bezsilna.
- Natychmiast przestańcie!
Feliks krzyknął nagle z bólu, kiedy Harold uderzył jego głową o ścianę. Minny nie zamierzała czekać na ciąg dalszy. Szybko zasłoniła chłopaka, ale podeszła tak szybko, że Harold nie zdążył zatrzymać wymierzonej w Hamiltona pięści. McGonagall poczuła silne uderzenie w policzek. Krzyknęła z bólu.
- Oszalałeś? – Feliks odsunął dziewczynę na bok. – Co ty, do cholery, robisz?!
- Ja…
Harold stał w szoku i patrzył z przerażeniem na Minerwę, która trzymała się za czerwony policzek. Zrobił krok w jej stronę, ale dziewczyna odsunęła się przestraszona.
- Minny, przepraszam, to był…
- Nie tłumacz się – syknęła, nie obdarzając go nawet spojrzeniem. – Daj mi spokój.
- Ale…
- Feliks, czy mógłbyś…
- Oczywiście. Zaczekam na zewnątrz.
Hamilton wyszedł z pokoju. Harold patrzył na dziewczynę z troską i poczuciem winy. Chciał jej wytłumaczyć, że bronił tylko jej honoru, ale ona i tak by mu w tej chwili nie uwierzyła, uznając, że wymyślił słowa Feliksa, żeby zrzucić na niego odpowiedzialność za to, co się stało.
- Minny…
- Nie prosiłam cię o pomoc. Nie prosiłam cię, żebyś mieszał się w sprawy moje i Feliksa.
- Myślałem, że on… - nie dokończył i spojrzał zmieszany w jakiś punkt na ścianie. – Martwiłem się o ciebie.
- Niepotrzebnie, ty jesteś dla mnie większym zagrożeniem! – krzyknęła. – I nie życzę sobie, żebyś kiedykolwiek mieszał się w moje sprawy! Rozumiesz? Myślałam, że przyjdziesz tu jako mój przyjaciel, ale to cię widać przerosło!
- Chciałem tylko… To Hamilton…
- Nie mów przy mnie na jego temat złego słowa! Nie chcę tego słuchać!
- Tak? – chłopak zacisnął ręce w pięści z wściekłości. – On jest idealny, tak? Bo naopowiadał ci jakichś bajeczek? To on i jego brat zabili panią Hamilton jakbyś chciała wiedzieć! – krzyknął.
Minerwa patrzyła przerażona na Harolda. Oboje byli bardzo wzburzeni, ale w tym momencie napięcie między nimi zdawało się sięgać zenitu. Minny pokręciła przecząco głową.
- Wiem, że trudno ci w to uwierzyć…
- Tak – spojrzała na niego z nienawiścią. – Trudno mi uwierzyć, że jesteś zdolny posunąć się tak daleko… Jesteś żałosny!
- Hera…
- Następnym razem wysil się na coś oryginalniejszego – syknęła. – Tak się składa, że Feliks jest jedynakiem i nie uwierzę w twoje kłamstwa – podeszła blisko do Harolda i roześmiała mu się w twarz w geście rozpaczy. – Nie chcę cię znać. Po tym, co dzisiaj zrobiłeś i powiedziałeś…
- Minny!
Dziewczyna wybiegła z pokoju i trzasnęła mocno drzwiami.



Eli.


komentarze [12]

19. Sylwester >> niedziela, 30 grudnia 2007 22:06:21

Długo nie pisałam i chyba wyszłam z wprawy. Przepraszam.
Dziękuję wszystkim za cichą obecność i dedykuję rozdział tym, którzy czekali. (bez nazwisk, bo nie chcę nikogo pominąć)

p.s. Napisała do mnie na mylogową pocztę - panna M. i już teraz wskazała zabójcę pani Hamilton. Jestem pełna podziwu :)

Szczęśliwego Nowego Roku! :*




____________________________



Może wiem najlepiej dlaczego tylko człowiek potrafi się śmiać: tylko on cierpi tak bardzo, że musiał wynaleźć coś takiego jak śmiech.

Fryderyk Nietzsche


* * * * * * * *

Chociaż McGonagallowie spędzali każdego Sylwestra w Sundridge Park, to Minerwa nigdy nie przeżywała tego tak bardzo jak dziś. Od samego rana nie mogła usiedzieć w miejscu i ciągle spoglądała na zegarek, którego wskazówki poruszały się wyjątkowo wolno i ociężale. Minny próbowała zająć się czymś sensownym, ale nic jej nie wychodziło. Zaczynała czytać książkę, ale po kilku minutach nie pamiętała już, jaki był początek rozdziału. Przeglądała z babcią albumy ze starymi fotografiami, ale po raz pierwszy w życiu nie ciekawiły jej ani trochę.
- Kochanie, czy coś się dzieje? – spytała rozbawiona Rozalia, uważnie obserwując wnuczkę.
- Mam na jego punkcie obsesję – stwierdziła po prostu Minerwa, po czym rzuciła się na łóżko. – I zachowuję się jak rozhisteryzowana trzynastolatka.
Pani McGonagall przez chwilę zastanawiała się nad stanem psychicznym dziewczyny, która uparcie skubała falbankę spódnicy, żeby w końcu usiąść na łóżku koło Minny i spytać, o co właściwie chodzi.
- Nie mogę ci powiedzieć. Po prostu… Za bardzo zaangażowałam się w pewną sprawę. I teraz mam wyrzuty sumienia, bo zrobiłam coś strasznego.
- Z tego co widzę… Zakochałaś się, co w tym złego? – spytała serdecznie Rozalia, na co Minerwa od razu się podniosła i spojrzała na kobietę z przerażeniem w oczach.
- Nie prawda! – zaprotestowała i spuściła wzrok, by ukryć zażenowanie. – Chodzi o co innego.
- Póki co widzę, że masz objawy…
- Ja nie mam żadnych objaw! – przerwała jej stanowczo, trochę zbyt podniesionym głosem i przejęzyczając się, co jeszcze bardziej rozbawiło babkę. – To znaczy objawów…
- Skoro tak sądzisz.
Minerwa wyszła z pokoju i zamknęła się w bibliotece. Nigdy w życiu nie bała się tak jak teraz. Spotkanie z Feliksem przerażało ją i napawało uczuciem wstydu. Wiedziała, że wielokrotnie zachowała się bardzo nie w porządku, a tłumaczenie, że kierowała się dobrem młodego Hamiltona, było głupią wymówką. W rzeczywistości chodziło jej o zaspokojenie ciekawości, przeżycie jakiejś przygody, a może nawet o odejście od wizerunku sztywnej pani prefekt.
- Po co mi to wszystko było? – szepnęła w stronę Petroniusza, który ułożył się koło jej stóp. Zegar wybił godzinę szóstą.
- Minerwo! Gdzie jesteś? Czas się szykować!

Izolda krzątała się w hallu i uśmiechała się do przybyłych gości, próbując odnaleźć w tłumie twarze przyjaciół. Jako pierwszy pojawił się Harold, który wyprzedzając o kilka kroków swoją rodzinę, szedł w stronę panny Strawber.
- Oni oszaleli – syknął, kiedy znalazł się tuż koło dziewczyny i stanął za jej plecami, by odgrodzić się od pozostałych Potterów.
- Też się cieszę, że cię widzę – odpowiedziała tonem, w którym pobrzmiewały nutki złośliwości, ale na jej twarzy cały czas kwitł piękny, szeroki uśmiech. – Witam państwa!
- Och, Izoldo jak ślicznie wyglądasz – zaszczebiotała radośnie pani Porter i uściskała gospodynię. – Dzisiaj ty sprawujesz honory pani domu?
- Pomagam rodzicom.
- Oczywiście. Haroldzie…
- Nie! – chłopak odsunął się na bok i uniósł ręce do góry w geście rozpaczy.
Panna Strawber przywitała się szybko z Julie i panem Potterem, który wydawał się być w wyjątkowo złym humorze, po czym podeszła do drobnej, ciemnowłosej czarownicy, która towarzyszyła bratu Harolda. Kobieta była w zaawansowanej ciąży, a jej okrągły brzuszek było wyraźnie widać spod sukienki. Miała miłą, okrągłą twarz, a gdy się uśmiechała w jej policzkach pojawiały się dołeczki, nadające jej twarzy niewinny, dziecięcy wyraz. Towarzyszył jej Sacheverell. Izolda automatycznie przenosiła wzrok to na jednego, to na drugiego z braci, szukając jakichś podobieństw, ale było to bardzo trudne. Starszy Potter był ciemnym blondynem o długich, prostych włosach, które związał teraz w kucyk, podczas gdy sięgające karku, ciemne włosy Harolda wywijały się delikatnie na końcach. Izolda pamiętała, że gdy były krótsze odstawały zabawnie na wszystkie strony i były powodem ciągłych kpin ze strony Gilberta. Bracia mieli tak samo piwny kolor oczu, ale Haroldowe oczęta przypominały raczej niewielkie guziki, podczas gdy u starszego czarodzieja oczy były duże i bardziej wyraziste. Najśmieszniejszą jednak różnicą był wzrost. Kiedy Harold stał koło Sacheverella, ten był od niego niższy o pół głowy, co wyglądało wyjątkowo groteskowo.
- Jak się czujesz, Natalie? – spytała Izolda, ukradkiem spoglądają na stojących tuż obok i zawzięcie o czymś szepczących Potterów.
- Dobrze, dziękuję. Maleństwo coraz częściej daje o sobie znać. Ale za dwa miesiące powitamy go szczęśliwie na świecie.
- Albo ją – uśmiechnęła się Iz. – Przepraszam cię, ale moi rodzice zapewne chcą was skraść.
Dziewczyna zostawiła Potterów z państwem Strawber i szybko odeszła w stronę drzwi, przy których stała już Minerwa.
- Witamy serdecznie! – krzyknęła Izolda i przywitała się z panią McGonagall, by zaraz potem podejść do Minny. - Ślicznie wyglądasz. Masz zaproszenie? Wiesz, które…
- Mam.
- Dobrze. Potem skorzystamy z kominka w gabinecie mojego ojca. Ukradłam mu już kluczyk – szepnęła podekscytowana Izolda, a po chwili zniknęła w tłumie gości.
Minerwa z zachwytem podziwiała kunsztowne dekoracje i kosze pełne kwiatów, które ustawiono wzdłuż ścian. Elfy unosiły się ponad głowami gości i sypały płatkami róż. Minny nie mogła się jednak na niczym skupić i kiedy tylko oddała swój płaszcz i przywitała się z gospodarzami, rozpoczęła poszukiwania Pottera. W końcu udało jej się go odnaleźć. Stał przy wielkiej, marmurowej rzeźbie, która pierwotnie miała być reprodukcją Venus z Milo, a zamiast tego wyszło coś na kształt Pijanej Hermenegildy Venussiocego.
- Cześć – uśmiechnęła się nieśmiało Minny.
Chłopak skłonił się nisko i pocałował ją w rękę, nie spuszczając z dziewczyny oczu. Minerwa uśmiechnęła się w duchu, że nauki pana Pottera nie poszły na marne i teraz stoi przed nią kolejny świetny czarodziej i wspaniały, młody mężczyzna. Babcia Rozalia opowiadała jej zawsze, że wszyscy Potterowie przykładali niezwykłą wagę do wychowania swoich dzieci, obdarzając je jednocześnie miłością i szacunkiem. Dyscyplina czy przestrzeganie etykiety nie ujmowało im niczego ze spontaniczności i nie kłóciło się z buntowniczym charakterem. Po prostu uznawano, że od ludzi, których się kocha, należy wymagać. Harold był następnym przykładem wpływu wielopokoleniowej tradycji. W czarnej, lekko połyskującej szacie, przyozdobionej niewielkimi wzorami wyszytymi złotą i zieloną nicią, chłopak prezentował się wyjątkowo dobrze i mógł liczyć na to, że zaraz otoczy go wianuszek pięknych, młodych dziewcząt.
- Ślicznie wyglądasz, Minny.
- Dziękuję.
Dziewczyna nie przyznała się do tego, że walka o to, by Minerwa założyła tę oto sylwestrową kreację, toczyła się od trzech dni i była bardzo burzliwa. Matka przekonywała ją do dekoltów, zwiewnych materiałów i bogatych dodatków, podczas gdy Gryfonka najchętniej założyłaby prostą, czarną sukienkę z golfem. Dziewczyna nie była ślepa i wiedziała, że z brzydkiego kaczątka, które kilka lat temu przybyło do Hogwartu, nie pozostało już nic. Rok po roku Minny doroślała. Jej rysy twarzy nie raziły już nikogo swoją ostrością, bo to, co szpeci buzię dwunastolatki, dodawało uroku młodej damie. Minerwa nie przypominała już wieszaka na szaty z salonu państwa Groom, ale miała szczupłą, kobiecą sylwetkę. Do tego wszystkiego była młoda i energiczna, a to przecież sprawia, że nawet w największej brzyduli można dostrzec wiele piękna. „Młodość jest najpiękniejszym dodatkiem” mawiała babka Rozalia.
Minny dzisiejszego wieczoru wyglądała wyjątkowo ładnie. Miała na sobie żółtą sukienkę z delikatnego, połyskującego materiału, a jej talię podkreślał wyszywany złotą nicią gorset. Matka jak zwykle zadbała, by kreacja ukrywała mankamenty urody córki, a podkreślała to, co warte pokazania. Dziewczyna zgodziła się w końcu na dość odkryte plecy, ale zakrywały je teraz długie, ciemne włosy. Sztuka kompromisu pomiędzy paniami McGonagall okazała się najlepszym lekarstwem na rodzinne kłótnie. Harold przyglądał się Minewrze z delikatnym uśmiechem i nieodgadnionym wyrazem oczu.
- Zaraz pomyślę, że kłamałeś i wyglądam jak Keira von Ptosztyk – roześmiała się dziewczyna, próbując ukryć lekkie rumieńce.
Potter pokręcił głową i podał przyjaciółce ramię, po czym ruszyli do sali balowej, by porozmawiać. Była to wielka komnata z mnóstwem luster i pięknymi, kryształowymi żyrandolami. Parkiet wciąż był jeszcze pusty, a goście tłoczyli się wśród stoliczków w pomieszczeniu obok lub dopiero pozbywali się okryć. Wystarczyło jednak zamknąć oczy, by wyobrazić sobie tańczące pary, które suną lekko po parkiecie. Minerwa poczuła, że na jej ustach pojawia się uśmiech, z którym nie potrafi walczyć. Pozytywne emocje wypełniały ją od głowy po czubki palców.
- Rozmawiałaś z Izoldą? – spytał Harold opierając się o szeroki parapet i patrząc nieobecnym wzrokiem gdzieś za okno.
- Tak. Jeśli chodzi o stronę techniczną wszystko jest przygotowane. Ja mam zaproszenie, ona pomysł… Nie jestem jednak do końca przekonana, czy powinniśmy tam iść.
- Dostałaś zaproszenie.
- No i co z tego? – Minerwa nie wyglądała na przekonaną. – Wydaje mi się, że to może być jakaś pułapka.
Harold spojrzał na nią z rozbawieniem i parsknął śmiechem.
- Pułapka? Minny, nie przesadzaj…
Dziewczyna wzruszyła ramionami. W rzeczywistości chyba bała się reakcji Feliksa na ich spotkanie, ale nigdy nie przyznałaby się do tego przed Haroldem.
- Będzie dziś Gilbert? – spytała, by zmienić temat.
Harold uśmiechnął się dziwnie i dziewczyna nie mogła odgadnąć, co się za tym kryje. Poczuła na sobie badawcze spojrzenie przyjaciela i wykrzywiła usta w dziwnym grymasie.
- O co ci chodzi? – zapytała, czując, że coś jest nie tak.
- O nic. Po prostu… - Potter wstał i przeszedł kilka kroków, by w końcu zatrzymać się tuż za plecami Minny. – Zresztą nieważne. Gilberta nie będzie.
- Dlaczego…
- Bo jak zwykle nie chce zostawiać matki samej – przerwał jej.
- Dlaczego to jest nieważne? – zapytała Minerwa, kończąc zdanie.
Harold uśmiechnął się i nie odpowiedział. Dziewczyna zacisnęła usta i spojrzała na niego groźnie, ale ku jej niezadowoleniu okazało się, że Harold Potter był jednym z grona tych nielicznych ludzi, którzy nie reagowali na srogie spojrzenia panny McGonagall.
- Wiesz, że rzucam drużynę? – rzucił niby od niechcenia.
- Jak to?
- Rodzice chcą, bym przestał zajmować się sportem. To po ostatnim wypadku.
Minerwa nie mogła wyobrazić sobie, żeby Gryffindor pozbył się swojego kapitana. Rozumiała oczywiście wszystkie rozsądne argumenty i zależało jej na zdrowiu przyjaciela, ale Potter był naprawdę świetnym graczem i współtworzył coś w rodzaju „uporządkowanej wizji Hogwartu w oczach Minerwy M.”.
- Co zrobisz?
- Nie wiem.
Przez chwilę stali w ciszy, którą przerwała dopiero strojąca się orkiestra. Mężczyźni zamknęli drzwi do komnaty i wyciszyli je zaklęciem, nie zwracając uwagi na Minerwę i Harolda.
- Rodzice Izoldy będą wściekli – uśmiechnął się Potter. – Wyobrażasz sobie jej matkę, która wrzeszczy na tych biedaków?
- I będzie miała rację. Orkiestra powinna być przygotowana przed przybyciem gości. A co do naszych przyjaciół… Gilberta nie będzie. A Leonard? Też jak zwykle u swoich mugolskich krewnych, czy może postanowił wreszcie przyjąć zaproszenie?
- Powiedział, że przyjdzie za rok. Teraz i tak widzimy się w szkole, a za rok każdy z nas pójdzie swoją drogą.
Minerwa spuściła wzrok. Nie mogła sobie wyobrazić, że już nigdy nie spotkają się w murach zamku. Każdy z nich zostawi tam cząstkę siebie, a potem pojedzie w siną dal zajmować się tysiącem przyziemnych spraw. Ilu uczniów spełni swoje marzenia? Ilu porzuci je dla wszechwiecznego boga sukcesu? A ilu wtopi się w szary tłum czarownic i czarodziejów, żyjących od pierwszego do pierwszego?
- Zatańczymy?
Dziewczyna otrząsnęła się z zamyślenia. Harold stał przed nią z wyciągniętą ręką, a w jego ciemnych oczach migotały radosne iskierki. Orkiestra zaczęła grać pierwszy próbny taniec.
- Minny? – ponaglił ją chłopak, aż w końcu dziewczyna podała mu swoją dłoń i pozwoliła poprowadzić się na parkiet.
Dziewczyna uczyła się tańczyć od dziecka. Dwa kroki do przodu, trzy kroki w bok, obrót, przejście. Tańce zespołowe, chodzone i towarzyskie. Jednak teraz czuła się wyjątkowo niepewnie. Nie mogła się wtopić w tłum tańczących par, by zamaskować swoją ewentualną pomyłkę, ani skupić uwagi partnera na wszystkim, co ich otacza. Minerwa nie była pewna siebie jak Izolda, ani tak delikatna i subtelna jak Felicja. A teraz cały parkiet był tylko dla niej i Harolda, a ona stawiała niezbyt pewne kroki, starając się zachować jak największą odległość od partnera, co przeszkadzało im przy obrotach. Złocista sukienka Minerwy odbijała się w wielkich lustrach i rozpraszała uwagę dziewczyny. Orkiestra na chwilę zamilkła, by wymienić ostatnie uwagi, a McGonagall, dając przed chwilą niezbyt piękny pokaz, odsunęła się natychmiast od chłopaka, czując się dość niezręcznie. Harold nie spuszczał z niej wzroku, a jego oczy wydawały się uśmiechać do niej serdecznie i z odrobiną pobłażania. Dźwięki muzyki popłynęły raz jeszcze, a Minerwa uśmiechnęła się i cofnęła się na wszelki wypadek tak, że Harold w ostatniej chwili chwycił jej dłoń, nim odeszła w stronę drzwi.
- Nie uciekaj mi, moja droga – roześmiał się.
- Ja nie uciekam – odpowiedziała buntowniczo, lecz niezbyt pewnie.
Potter przysunął się blisko i położył rękę Minerwy na swoim ramieniu. Dziewczyna natychmiast przyjęła odpowiednią postawę i tym razem spojrzała odważnie w oczy przyjaciela, który wciąż uśmiechał się lekko. Powoli zaczęli tańczyć walca.
- Panno McGonagall… Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy, raz…
Bal właśnie się zaczynał.

- Kochanie, życzę ci wspaniałych wyników na tegorocznych egzaminach, wielu powodów do radości, wielkiej miłości, tego, żebyś była taka śliczna jak dzisiaj i…
- A ja tobie życzę, żebyś była dobra dla swojej córki – uśmiechnęła się Minny i uścisnęła matkę. – I żebyście mogli na siebie liczyć z tatą. W tym roku jest to ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Na niebie wciąż migotały fajerwerki, a ludzie tłoczyli się na tarasie, wznosząc toasty i składając sobie życzenia. Minerwa zerknęła w stronę wyjścia. Przy drzwiach stali już Izolda i Harold.
- Mamo, ja idę do…
- Tak, baw się dobrze – rzuciła matka i ruszyła w stronę pani Strawber.
Minerwa z trudem przebiła się przez tłum czarownic i czarodziejów, którzy życzyli jej „Szczęśliwego Nowego Roku”. W końcu udało jej się dotrzeć do przyjaciół.
- Wszystkiego…
- Chodźcie – przerwała jej Izolda i szybko wrócili do środka. W poszczególnych komnatach można było spotkać tylko pojedynczych gości. Zazwyczaj były to zajęte sobą pary albo osamotnione jednostki. – Teraz nikt nie zauważy jak znikniecie.
- A życzenia?
- Minny, ja ci życzę, żebyś zaraz nie dostała ode mnie w…
- Dziewczęta, spokojnie – roześmiał się Harold.
Cała trójka dotarła wreszcie do gabinetu pana Strawbera. Minerwa nigdy wcześniej tu nie była, więc zaczęła wodzić wzrokiem po półkach pełnych książek o pięknych oprawach i ciekawych tytułach. Niestety Izolda nie potrafiła zrozumieć jej zainteresowania i szybko pociągnęła ją w stronę kominka.
- Macie dwie godziny – szepnęła podekscytowana Iz i niemal wepchnęła przyjaciół w płomienie.
Minerwa przez chwilą zastanawiała się jeszcze, czy postępują słusznie, by w końcu chwycić dłoń Harolda, który w tym samym momencie upuścił garść magicznego proszku i wypowiedział głośno nazwę miejsca, do którego zamierzali się udać. Podróż w dwie osoby była niezbyt komfortowa, a o lądowaniu nie powinno się już w ogóle wspominać. Minerwa miała to szczęście, że upadła wprost na plecy Harolda, który leżał jak długi na ziemi. Szybko się podniosła i poprawiła sukienkę.
- Wszystko w porządku? – spytała trochę zażenowana tą sytuacją.
Harold skrzywił się i zacisnął mocno wargi z bólu, ale pokiwał głową, że nic się nie stało.
- Harold?
- Trochę się poobijałem. Chodźmy.
Minerwa rozejrzała się po ciemnym pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Nie było tu okien, ani żadnych mebli, a jedyną ozdobą były utrzymane w mrocznej kolorystyce freski. Dziewczyna podniosła głowę do góry i zobaczyła, że sufit zrobiony jest z luster, które odbijały sylwetkę jej i Harolda, lecz nie zachowywały proporcji. Postacie w zwierciadle były niezwykle małe, podczas gdy komnata zdawała się przerażać swoim ogromem. W duszy Minerwy zakiełkowało małe ziarnko niepokoju i zapewne stałaby tak jeszcze długo, wpatrując się w górę, gdyby nie głos Harolda, odbijający się echem od ścian.
- Nie podoba mi się tu – szepnęła.
- Tak ma być. Jeśli masz złe zamiary powinnaś stąd uciekać. I stąd ten wystrój – wytłumaczył chłopak. – Taka sztuczka.
- Tym bardziej mi się tu nie podoba – skrzywiła się Minny i podeszła do drzwi.
- Kimże jesteście? – zaskrzeczała kołatka w kształcie głowy cyklopa, patrząc na nich podejrzliwie swym jedynym okiem.
- Harold Potter i Minerwa McGonagall.
- Mamy zaproszenie.
Oko kołatki zamknęło się i w komnacie zapanowała przerażająca cisza. Dopiero po kilku minutach drzwi zaskrzypiały cicho i otworzyły się zachęcająco. Minny odetchnęła z ulgą widząc światło. Ku jej zdumieniu pozostałe pomieszczenia w Malfoy Manor nie były podobne do „poczekalni”, w której przed chwilą dane im było przebywać. Harold chwycił dłoń Minerwy i poprowadził ją długim korytarzem z jasnymi ścianami, na których znajdowały się obrazy martwej natury w pięknych, złoconych ramach. Wreszcie doszli do wielkich drzwi, przy których stał skrzat domowy, ubrany w czarną poszewkę ze złotym herbem Malfoyów i sprawdzał listę gości. Minerwa podała mu swoje zaproszenie, a ten zaznaczył ich obecność na długim, ciągnącym się po ziemi pergaminie i skłonił się nisko, otwierając drzwi.
Minny mocniej ścisnęła rękę przyjaciela i powoli zaczęła schodzić ze spiralnych schodków, na których się nagle znaleźli. Roztaczał się przed nimi widok Sali Balowej, w której właśnie panował wesoły rozgardiasz i składano sobie życzenia. Wśród tłumu ludzi Harold zauważył sylwetkę Heraklity. Kobieta ubrana była w srebrną suknię z połyskującej tkaniny, w której przypominała leśną nimfę. Ona także zauważyła swoich uczniów i ruszyła w ich kierunku, uśmiechając się tajemniczo.
- Panna McGonagall i pan Potter…
- Szczęśliwego Nowego Roku, pani profesor – uśmiechnął się Harold. – Postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia.
- Bardzo mnie to cieszy. Pozwólcie, że zaprowadzę was do grona naszych młodych gości.
Minerwa skinęła głową i pozwoliła się poprowadzić nauczycielce, która gwarzyła wesoło z Haroldem. Chłopak sprawiał wrażenie, jakby w ogóle się niczym nie przejmował, a pogawędka z nauczycielką historii magii w takich okolicznościach była najnormalniejszą rzeczą pod Słońcem.
Heraklita wskazała na kąt, w którym zebrała się grupa młodych czarodziejów i czarownic. Siedzieli na morelowych sofach i śmiali się właśnie z dowcipu jakiegoś młodzieńca.
- Minerwa McGonagall?
Dziewczyna odwróciła się, słysząc tuż za plecami znajomy głos. Stała przed nią uśmiechnięta czarownica o pucułowatej twarzy i dużych, brązowych oczach.
- Och, Meredith – Minny szczerze się ucieszyła, że znalazła w tym towarzystwie chociaż jedną życzliwą duszę. – Dobrze cię widzieć.
- Ciebie też, ale… Co ty tutaj robisz? I to z… Haraldem?
- Haroldem – poprawił ją chłopak. – Chyba nie mieliśmy okazji poznać się w Hogwracie, prawda?
- Oficjalnie nie, ale nieoficjalnie…
- Każdy każdego zna – dokończył za nią Potter i wszyscy się roześmiali.
- Tęsknię czasem za Hogwartem. Co tam słychać?
- Właściwie to… - Minerwa nie wiedziała, co powiedzieć. Szkoła była miejscem, które pulsowało życiem. Kierowała się swoim własnym rytmem, w którym nie było miejsca na nudę i stany absolutnego spokoju. Uczniowie łamali regulamin, odpracowywali szlabany, a na zajęciach wyczarowywali bukiety pięknych kwiatów, czasem zamieniając rękę kolegi w łodygę. – Właściwie to nic ciekawego. Jak zawsze to samo.
- Oczywiście – panna Longbottom uśmiechnęła się ciepło. – Widzę, że nie odnajdujesz się zbytnio w tym towarzystwie, co?
- Dopiero przyszliśmy – odpowiedziała szybko Minny, ale w duchu musiała przyznać rację koleżance.
- Pozwól, że ci opowiem o tym uroczym światku…
- A ja porwę Pottera – krzyknął młody Malfoy, który pojawił się tak nagle, że nikt nie zauważył jego przybycia, podczas gdy chłopak już od dłuższej chwili przysłuchiwał im się.
Maksimus miał minę człowieka, który właśnie czyni wielką łaskę swojemu poddanemu. Szybko jednak chłopcy zaczęli rozmawiać o sporcie i wszelkie różnice międzydomowe zniknęły. Nikt nie pamiętał już kto jest z Gryffindoru, a kto ze Slytherinu, a do panów dołączyli wkrótce Parkinson i Klementy Yorkshire. Minerwa została porwana przez Meredith, która prowadziła ją do pokoiku przeznaczonego dla pań. Nim opuściły kącik Sali Balowej, Minny zdążyła dostrzec rzucone w jej kierunku porozumiewawcze spojrzenie Pottera. Uśmiechnęła się do chłopaka i opuściła komnatę.

Harold i Maksimus nigdy za sobą szczególnie nie przepadali, ale obaj, wychowani w dobrych domach, świetnie orientowali się w arystokratycznym świecie i wiedzieli, że lepiej szukać sprzymierzeńców, gdzie tylko się da niż niepotrzebnie poszerzać grono wrogów. Zasada ta obowiązywała w Hogwarcie, kiedy Malfoy jeszcze tam chodził, a teraz przeniosła się na salony Malfoy Manor. Potter nie był zdziwiony, kiedy po wyczerpaniu tematu zbliżających się mistrzostwa quidditcha, chłopcy zeszli na temat wojny. Parkinson i Yorkshire stawiali odważne tezy i starali się sprowokować młodego Gryfona, ale nie było to takie proste. Maksimus siedział na fotelu i uśmiechał się tajemniczo do swojego kieliszka. W końcu wstał i chwycił Pottera za łokieć, starając się dać mu do zrozumienia, żeby z nim poszedł i próbując jak najdyskretniej wyprowadzić go z towarzystwa. Akurat rozpoczęto jakiś skoczny taniec i chłopców dopadły najmłodsze pociechy Rosierów, więc Malfoy wykorzystał ten moment, by zniknąć.
Harold nie wiedział dokładnie o co chodzi chłopakowi, ale przemierzał razem z nim korytarze Malfoy Manor. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że gdyby chciał znów wrócić do Sali Balowej, raczej by mu się to nie udało. Kolejne korytarzyki, schodki w dół i w górę. Rezydencja była istnym labiryntem. W końcu Maksimus zatrzymał się przed małymi drzwiczkami na ostatnim piętrze, które prawie stapiały się z drewnianym obiciem ściany. Harold zastanowił się przez chwilę, czy powinien iść za chłopakiem, ale ciekawość w końcu i tak zwyciężyła. Potter przekroczył próg pomieszczenia i znalazł się w niewielkim gabineciku. Wzdłuż ścian ustawiono regały z książkami, pod oknem znajdowało się pięknie rzeźbione biurko, a naprzeciw niego stały dwa fotele i mały stoliczek, z którego nie sprzątnięto jeszcze kieliszków po winie i talii kart. Maksimus pozbył się wszystkiego przy pomocy jednego, prostego zaklęcia.
- Zawsze masz przy sobie różdżkę? Nawet w taki wieczór? – zapytał z uśmiechem Harold, w duchu przeklinając się, że sam na to nie wpadł.
- Nie znasz dnia, ani godziny… Proszę, siadaj Potter.
Chłopak zlekceważył zaproszenie Maksimusa i zaczął przyglądać się księgozbiorowi. Czuł na sobie uważne spojrzenie Malfoya, który wodził za nim wzrokiem, dopóki Harold nie zdecydował się usiąść na jednym z foteli.
- Po co mnie tu przyprowadziłeś?
- A po co ty przyszedłeś do Malfoy Manor? – odpowiedział pytaniem na pytanie Malfoy.
- Jako osoba towarzysząca Minerwy. Dostała zaproszenie od twojej kuzynki i nie chciała jej odmawiać.
- Doprawdy? – chłopak roześmiał się nieprzyjemnie. – Mam uwierzyć, że przyszła tu z obowiązku?
- Nie wiem czy z obowiązku…
- Nie jesteśmy dziećmi, Potter – uciął Maksimus stanowczym głosem, co zaskoczyło Harolda. – Takie bajki możesz opowiadać Parkinsonowi, a nie mi…
- Tak nisko cenisz inteligencję swojego przyjaciela? – Harold starał się grać na zwłokę.
- A ty tak wysoko?
- Niedocenienie przeciwnika jest najczęstszym powodem porażki. Wolę zapobiegać.
- Kto by pomyślał, że Gryfoni mają tak silny instynkt samozachowawczy – uśmiechnął się Malfoy, ale za chwilę jego twarz spoważniała. - Czego chcecie?
Harold nie odpowiedział od razu. Maksimus nie był głupi, a do tego, jak każdy mieszkaniec Domu Węża, był sprytny i cwany. Potter musiał bardzo uważać na każde słowo, albo po prostu powiedzieć mu prawdę. Uśmiechnął się na tę myśl. Pewnie Maksimus i tak by w nią nie uwierzył.
- Minerwa chciała się zobaczyć z Feliksem Hamiltonem. Pokłócili się i ona bardzo się tym przejmuje – postanowił dobrać fakty w taki sposób, by sprowokować rozmowę o chłopaku. – Słyszałeś o tym?
- Hamilton mi się nie zwierza – wykrzywił się Malfoy, wyobrażając sobie siebie w roli mugolskiego księdza w konfesjonale. Zdziwił się, czemu przyszło mu na myśl, akurat to skojarzenie i szybko je odpędził. – O co im poszło?
- Minny trochę ingerowała w jego życie prywatne – powiedział ostrożnie Harold.
- Panna McGonagall i jej wieczna ciekawość usprawiedliwiana troską prefekta. Widzę, że nic się nie zmieniło od czasu, kiedy opuściłem Hogwart?
Potter uśmiechnął się wymijająco.
- Chodziło o wypadek jego matki, prawda? – spytał w końcu Maksimus.
- Mówiłeś, że nie wiesz…
- Mówiłem, że Hamilton mi się nie zwierza – przerwał mu Malfoy, wstając i podchodząc do biurka. – Parkinson mi powiedział, że McGonagall i Maria z nim rozmawiały. Nie wiedziałem, że Feliks się o tym dowiedział.
Blondyn wyjął z szafki biurka butelkę Ognistej Whisky i dwie szklaneczki.
- Kettler mu powiedział.
- Ho, ho… Widzę, że nasze kochane panie zrobiły całkiem niezłe śledztwo. I zaangażowały w to wiele osób.
Harold roześmiał się, w duchu przyznając Malfoyowi rację. Sięgnął po szklankę z alkoholem i szybko ją wypił. Poczuł ostre pieczenie gardła i o mały włos się nie zakrztusił.
- Co to? – spytał, wciąż się krzywiąc, na co Maksimus uśmiechnął się szeroko.
- Ulepszona przez gobliny. Co powiedział im Kettler?
- Właściwie nic. Za to Hamiltonowi chyba sporo.
- Mogły się nie wtrącać – zaczął filozoficznym tonem Malfoy. – Kobiety mają to do siebie, że nie uznają pewnych granic. Są na pozór subtelne i mają ponoć wrodzoną zdolność współodczuwania, ale w praktyce wychodzi, że to zło wcielone. Na miejscu Feliksa… Nie wiem, czy byłbym w stanie powstrzymać się przed niewybaczalnymi.
Harold nie odpowiedział. Blondyn miał rację, ale mimo wszystko to Minny, była jego przyjaciółką, a poza tym sam zaczynał się w tę sprawę angażować.
- Jak to właściwie było?
- Z czym? – spytał Maksimus, wpatrując się w butelkę bursztynowego płynu, rozświetloną przez blask świec.
- Z Hamiltonami. Byłeś tam…
- Normalnie. Spadła ze schodów. Koniec. Ty też wierzysz w te historyjki o morderstwie?
- Nie wiem. Chyba nikt już się teraz tego nie dowie.
Maksimus roześmiał się i Harold poczuł jak wzdłuż kręgosłupa przechodzi go dreszcz. Było w tym śmiechu coś przerażającego, co zupełnie nie pasowało do spokojnej atmosfery jaka panującej w pokoju. Malfoy spoważniał, a jego spojrzenie było tak surowe, że Potter nie wiedział, co ma o tym myśleć.
- Powiedz swojej koleżance, że Feliks doskonale wie, co tam się stało i nie potrzebuje jej pomocy – Maksimus zniżył głos do szeptu. – Wszyscy zainteresowani doskonale to wiedzą.

- Masz już sukienkę?
- Tak, jest śliczna – twarz Meredith rozpromieniła się. – Dopasowana w talii, z bufiastymi rękawkami! Musisz koniecznie przyjść na nasz ślub!
Minerwa uśmiechnęła się serdecznie i rozejrzała się po komnacie. Większość czarodziejów znała słabo albo wcale. Szybko jednak dostrzegła, że w towarzystwie bryluje Lily Hamilton. Kobieta wyglądała wyjątkowo ślicznie w bordowej sukni z odsłoniętymi ramionami. Kręciło się koło niej kilku przystojnych mężczyzn, którzy jeden przez drugiego starali się przypodobać czarownicy. Ona śmiała się cicho, wachlując się koronkowym wachlarzem. Gdzieś z boku stał jej narzeczony Gertman Goolberg, starając się nie pokazywać swojego niezadowolenia i zazdrości. Panna Longbottom umilkła i także zaczęła przyglądać się pięknej kobiecie.
- Zabawne, że tak bardzo się nienawidzą z Heraklitą, prawda? – szepnęła Mary. – Można powiedzieć, że walczą między sobą o tytuł najpiękniejszej – roześmiała się.
- Komu życzysz wygranej?
- Heraklicie. W końcu niedługo zostaniemy rodziną…
Minerwa musiała przyznać, że także wolała Heraklitę. W spojrzeniu Lilyan było coś, co budziło niepokój. Mimo szerokiego uśmiechu na twarzy, jej oczy zdawały się być zimne i nieobecne. Nagle jednak coś się zmieniło. Panna Hamilton spoważniała, a chłód jej spojrzenia zniknął jak za dotknięciem różdżki. Spuściła wzrok i uśmiechnęła się delikatnie, a potem szybko podeszła do wchodzącej do komnaty pary państwa Lastrange’ów. Jej śladem poszedł Gertman i po krótkiej pogawędce został pozostawiony jako osoba towarzysząca pani Lastrange, podczas gdy Lily łaskawie zgodziła się zatańczyć z jej mężem.
- Minerwo! Nie słuchasz mnie, prawda?
Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
- Jestem tu po raz pierwszy i jestem po prostu bardzo ciekawa…
- Rozumiem. Jeśli chcesz zaspokoić swoją ciekawość mogę ci pokazać kilka osób, które wiedzą wszystko o wszystkich. A nawet więcej niż oni sami.
McGonagall znała sporo takich osób i wiedziała, że te informacje choć niezwykle ciekawe, często mijają się z prawdą. Z drugiej strony w każdej plotce tkwiło ziarno prawdy, więc Minny uśmiechnęła się pod nosem, myśląc, że może nie jest to taki zły pomysł.
- Panowie nas opuścili – powiedziała Meredith, widząc nadchodzących chłopców.
Minerwa ucieszyła się na widok Harolda, czego nie można było powiedzieć na temat panny Longbottom i jej reakcji na powrót narzeczonego.
- Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę – wytłumaczył Maksimus. – Jak ci się u nad podoba, Minerwo?
- Wspaniałe przyjęcie – przyznała szczerze, patrząc na bogate dekoracje, setki kwiatów, wspaniałe trunki i potrawy na suto zastawionych stołach.
- Musisz nas częściej odwiedzać.
- Maksimusie! Właśnie, cię szukałam! – usłyszeli nagle głos Izadory Malfoy.
Maks odwrócił się zaskoczony, a Meredith zbladła tak bardzo, że jej twarz nie różniła się zbytnio od jej kremowej sukienki. Potter spojrzał z troską na dziewczynę, która spuściła wzrok i zaczęła się intensywnie wpatrywać w swojej rękawiczki.
- Synku, wybacz, że wam przeszkadzam, ale… Może przedstawisz mi swoich przyjaciół?
- Matko. To panna Minerwa McGongall i Harold Potter.
- To zaszczyt pani Malfoy – skłonił się z uśmiechem Harold, a Minny wstała i dygnęła.
Czarownica uśmiechnęła się i pokiwała z aprobatą głową, po czym przeniosła wzrok na Mary.
- Czy moja przyszła synowa, nie ma choć krztyny dobrego wychowania? – powiedziała milutkim głosem. – Kiedy przebywasz w towarzystwie osób starszych, powinnaś wstać moja droga, by oddać należny im szacunek.
Meredith wstała pospiesznie, a jej policzki pokrył rumieniec. Dziewczyna czuła na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Pełne litości, upokarzające i niesamowicie nieprzyjemne.
- Mamo, czy mogłabyś… - wtrącił ostrożnie zdezorientowany Maksimus, przed którym jak zwykle obie kobiety udawały, że wszystko jest w porządku.
- Tak mi przykro, że nie zastanowiliśmy się porządnie nad wyborem dobrej żony dla ciebie, synku. Niestety okazało się, że nazwisko to nie wszystko i…
- Ja nie narzekam – uciął krótko Malfoy.
- Masz za dobre serce… Całe szczęście masz jeszcze innych towarzyszy rozmów – Izadora spojrzała z uznaniem na Minerwę i Harolda. – Co słychać w szkole?
- Przepraszam - Meredith szybko opuściła towarzystwo, odprowadzona zatroskanym spojrzeniem Minny. Pani Malfoy wydawała się być niewzruszona zaistniałą sytuacją, czego nie można było powiedzieć o jej synu. Maksimus odchrząknął znacząco i nachylił się w kierunku matki, szepnął jej coś do ucha i odszedł szybkim krokiem w stronę tarasu. Pani Malfoy spochmurniała na twarzy.
- Proszę nam wybaczyć, ale musimy już iść – powiedziała szybko McGonagall, nie chcąc przebywać z tą kobietą dłużej niż jest to potrzebne i odeszła.
Harold szybko dogonił przyjaciółkę i chwycił ją za rękę. Dziewczyna zatrzymała się w tym momencie tak nagle, że wpadła wprost na jakiegoś czarodzieja.
- Przepraszam bar… Och, cześć Feliks.

Maksimus znalazł Meredith na tarasie. Wszyscy już dawno schowali się do środka, chowając się przed zimnem. Posadzka pokryta była śniegiem, a z balustrady zwisały sople lodu. Młoda Lonbottom stała oparta o galeryjkę i zaciskała mocno powieki, by się nie popłakać. Dziewczyna ubrana była w lekką suknię na delikatnych ramiączkach z głębokim dekoltem i trzęsła się z zimna.
- Co się dzieje? – spytał ostro chłopak.
Mary nie lubiła, gdy mówił do niej takim tonem. Za bardzo przypominał jej Izadorę.
- Co tu się dzieje, do cholery – syknął wprost do jej ucha, a dziewczyna zadrżała i odwróciła się gwałtownie.
Malfoy nigdy nie widział tak żałosnego widoku. Meredith starała się uśmiechnąć, ale wychodził jej tylko pełen bólu grymas. Jej duże, brązowe oczy pełne były łez, które zaczęły powoli spływać po jej czerwonych od mrozu policzkach.
- Wszystko w porządku. Po prostu… Ja…
- W porządku? – Maksimus ścisnął ją mocno za nadgarstek i nią potrząsnął. – To twoim zdaniem jest w porządku?
Dziewczyna przestraszyła się. Bolała ją ręka, ale nie miała siły, ani odwagi, by wyszarpnąć ją z silnego uścisku Maksa. Starała się uspokoić, ale drżał jej głos i nie mogła powstrzymać łkania. Tymczasem Malfoy patrzył na nią z wściekłością.
- Ja nie chciałam… Przepraszam, ale… Nie powinnam robić scen i… - zachłysnęła się powietrzem i zaczęła kaszleć. – Nie chciałam. Przepraszam.
Maksimus sam nie wiedział, co go bardziej przeraża. Stan w jakim była dziewczyna, jej ciągłe przepraszanie, czy jego własna głupota, z której właśnie zdał sobie sprawę.
- Meredith, od kiedy ty i moja matka…
- Przepraszam – przerwała mu. – Nie powinnam, wiem, że twoja matka zasługuje na szacunek, ale… Właściwie to…
- Od kiedy… – spróbował raz jeszcze, zaciskając mocniej dłoń wokół jej nadgarstka. – Od kiedy tak układają się stosunki między tobą a moją matką?
- To boli – szepnęła.
Chłopak puścił ją i odsunął się jak oparzony.
- Od początku – odpowiedziała cicho. – Ale ja się postaram zmienić i… - podniosła wzrok. – Odwołaj ślub.
- Słucham? Mam rozumieć, że to jest noc niespodzianek, tak? – prychnął z pogardą.
- Ja tego nie wytrzymam – powiedziała pełnym desperacji głosem. – Ona mnie nienawidzi. Ty mnie nienawidzisz. Julia będzie dla ciebie wiele bardziej odpowiednią partnerką.
Malfoy czuł się tak, jakby zobaczył Meredith pierwszy raz w życiu. Nic nie zostało z tej miłej, zawsze uśmiechniętej, czasami trochę złośliwej, inteligentnej dziewczyny. Stała przed nim zrozpaczona, zmęczona życiem i nieszczęśliwa czarownica.
- Żartujesz?
Nie odpowiedziała. Nie musiała. Malfoy wiedział, że Meredith mówi tak poważnie, jak jeszcze nigdy w życiu.
- Przepraszam. Ja się starałam. Ale… I tak nigdy nie sprostam wymaganiom twojej matki. Błagam, zrób cokolwiek… - płakała. – Możesz powiedzieć, że jestem chora lub bezpłodna i dlatego ślub odwołany, możesz mnie nawet zabić…
- Meredith, uspokój się, co ty…
- Zrób cokolwiek, ale ja tego dłużej nie wytrzymam!
Wyminęła go i szybkim krokiem zaczęła iść z powrotem do domu. Nagle zatrzymała się zaskoczona pytaniem Maksimusa:
- Dlaczego mi o niczym nie powiedziałaś wcześniej?
- Maks… Czy to by cokolwiek zmieniło? – spytała, starając się przywołać uśmiech.
Chłopak nie odpowiedział jej. Stali prze chwilę, patrząc na siebie z przerażeniem. Oboje wiedzieli, że dzisiejszego wieczoru padło zbyt wiele gorzkich słów, żeby teraz wrócić na przyjęcie i udawać, że wszystko jest w porządku. Nie mogli już dłużej udawać, uciekać przed sobą i pozostawiać swój los w rękach rodziców. Być może był to właśnie jeden z tych zakrętów, na których człowiek musi wybrać, co chce dalej robić ze swoim życiem. Meredith wybrała za nich oboje, nie pozwalając Malfoyowi uciec od faktów.
Chłopak podszedł do Mary i narzucił jej na ramiona swoją szatę.
- Rozchorujesz się – szepnął łagodnie i wrócił do środka, zostawiając ją samą.

Cdn.


Eli.


komentarze [16]

święta, święta... >> sobota, 22 grudnia 2007 13:11:24

Z okazji zbliżających się świąt chciałabym złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia. Aby ten magiczny czas był okazją do chwili wytchnienia, spokoju, czasu spędzonego z bliskimi. Życzę, aby każdy z nas miał okazję do zastanowienia się, co w życiu jest dla niego naprawdę ważne, a potem, by realizował swoje marzenia i pasje w Nowym Roku 2008.
Wesołych i pogodnych Świąt
Eli

p.s. – z mojej strony mogę obiecać, że jeszcze w tym roku pojawi się notka. Już powstało 7 stron, więc jestem dobrej myśli ;) Pozdrawiam serdecznie


Eli.


komentarze [1]

* * * * * >> wtorek, 13 listopada 2007 22:05:04


Przepraszam, ale ja naprawdę się z niczym nie wyrabiam, a w dodatku mam komputer w naprawie (tzn. miałam przez ostatnie dni i mam znowu, a teraz korzystam z laptopa mojej genialnej kuzynki, u której mam zaszczyt nocować - czy ktoś wiedział, że "możemy sobie zrobić piżamkowe party, nie znaczy, że w piżamach"? :])

Wkrótce wrócę, odwiedzę Wasze blogi. Obiecuję.
Ściskam i daję to dziwne coś.
Eli.
__________________

Drogi Haroldzie,
Mam nadzieję, że czujesz się już dobrze. Nie pytaj czemu piszę. Nie mam bladego pojęcia. Po prostu są takie chwile w życiu każdego człowieka, kiedy nie pozostaje nic oprócz rozpaczliwego czekania i wtedy chcemy mieć koło siebie kogoś bliskiego. Wtedy czas wydaje się dłużyć niemiłosiernie, a wskazówki zegara niemal stoją w miejscu. Tak jest teraz. Mama krząta się po całym domu i chcąc, nie chcąc pozostaje mi tylko wsłuchiwanie się w ciche odgłosy jej stóp, gdy po raz kolejny mija drzwi mojego pokoju. Dom śpi. Chciałabym Ci napisać, na co czeka moja matka, ale niestety jest coraz więcej spraw, o których nie wiem. Rodzice tworzą swój mały mikrokosmos, a ja i Will możemy tylko podglądać przez dziurkę od klucza i próbować złożyć w całość usłyszane fragmenty rozmów. Na razie bez rezultatu. Kiedy to piszę dochodzi północ. Myślisz, że to, co mówiła „wszechwiedząca profesor G.”, na temat magicznych właściwości tej godziny to prawda? Przychodzą mi do głowy jakieś dziwne myśli, których nie jestem w stanie ułożyć w logiczną całość. Kocham ten dom i czuję się tu szczęśliwa i bezpieczna, ale nie zmienia to faktu, że gdy przed kilkoma laty opuściłam go po raz pierwszy na rzecz Hogwartu coś się zmieniło. Po pierwszym roku wróciłam zupełnie odmieniona i nic już nie jest takie samo jak dawniej. Czekoladowe żaby nagle zaczęły kojarzyć mi się z Jamie, a rudowłosy kot sąsiadki zawsze przypominał mi o Felicji. (O miotłach związanych z Twoją osobą nie wspomnę). Dorastamy. I nie wiem, czy jest się z czego cieszyć. Ostatnio dość często myślę o Feliksie. Gdybym powiedziała to Gilbertowi to pewnie przekląłby mnie, ale całe szczęście kolega Clearwater jest daleko i o niczym nie wie. Chciałabym wiedzieć, co zrobić z Hamiltonem. Jak to wszystko zakończyć, ale boję się, że tylko pogorszę sprawę.
Muszę kończyć, bo mama się denerwuję. Nie chcę jej przysparzać dodatkowych kłopotów. Musisz poradzić sobie z odnalezieniem sensu w tej chaotycznej wypowiedzi.
Do zobaczenia wkrótce na balu sylwestrowym.
Pozdrawiam,
Minerwa

* * *

Minny,
Nawet nie wiesz jak się ucieszyłam na Twój list. Sowa przyleciała chyba szybko, bo u mnie jest dopiero pierwsza. Nie sądzisz, ze to dziwne? Jesteśmy w sumie bliskimi sąsiadami, a wysyłamy do siebie sowy.
W każdym razie… Nie martw się na zapas. Nie pomoże, zaszkodzi i do tego się nie wyśpisz. Mama da sobie radę, bo ma Was. Feliks będzie musiał wreszcie zapomnieć o urazie i porozmawiacie. Co ja mam ci napisać? Mój brat zostanie ojcem i popada w jakieś dziwne paranoje. Chciał nazwać syna Nabuchodonozor, a córkę Lewentuella, uwierzysz? Ja jestem za Jamesem i Marion. Spór trwa. Nie sądzisz, że jako ojciec chrzestny mam prawo decydować? A poza tym to mój obowiązek! Wyobrażasz sobie, że będą do mojego bratanka mówić „Nabuchodonozorku”? Koszmar.
Nie nudzę Ci.
Śpij dobrze,
Harold.

* * *

Nie śpię. James jest ładne. A dla dziewczynki może być Laura.
Sowa oszaleje, jeśli znów ją do Ciebie wyślę.
Dziękuję, że jesteś.
Minny


Eli.


komentarze [9]

18. Przerwa Świąteczna cz. II >> sobota, 6 października 2007 19:42:44



Jak zwykle kilka słów organizacyjnych na dobry początek:

Zmieniłam tytuł tego i poprzedniego rozdziału, bo ten mi bardziej pasuje. To raz.
Za jakiś czas zamierzam znów usiąść do poprawiania wszystkich literówek, itp. w notkach. To dwa.
Nie mam żadnego komunikatora (gg, tlen, itp.), bo u mnie nie chodzi. (Tak, wiem - wszyscy się dziwią, ale tak mam ustawione zabezpieczenia w komputerze, że odrzuca on tego typu programy :)).To trzy.

! Jeśli ktoś chce być informowany o notkach, to proszę wpisać się do Księgi Gości !

Notkę dedykuję Szaj - bo jest tu trochę pana Hamiltona. Może nie tyle, co chciałam i nie takiego jak chciałam, kiedy zaczynałam pisać ten rozdział, ale... mimo wszystko jest.


____________________________



W domu powieszonego nie mówi się o stryczku. A w domu kata?

Stanisław Jerzy Lec


* * * * * * * *



1.

- Minny!
Minerwa przekręciła się na drugi bok, nie zwracając uwagi na nawoływanie. Wpadła już w świąteczny rytm słodkiego nic nie robienia i nie dość, że niezwykle rzadko zaglądała do książek, przez co czuła ciągłe wyrzuty sumienia, to jeszcze spała całymi godzinami. Wolała nie myśleć, co będzie, kiedy wróci do Hogwartu.
Póki, co była jeszcze w domu, a ostatnie dni były pełne wrażeń. Zakupy na Pokątnej, odwiedziny Kleibergów i Schopenhauerów, świąteczny obiad i pudła pełne prezentów, które mogła zobaczyć dzień wcześniej zaraz po przebudzeniu.
Teraz spała, zadowolona z życia i śniła o pięknej sukni, którą dostała od matki, komplecie książek o transmutacji, ślicznym piórze, spoczywającym na dnie szuflady i wisiorze z białego złota.
- Minerwo! Wstawaj!
McGonagall poczuła, jak czyjaś ręka zabiera jej kołdrę i nie mogła dłużej udawać, że tego nie zauważa. Dziewczyna podniosła się i spojrzała zaspanym wzrokiem na matkę, która stała tuż przy łóżku. Ginewra była ubrana w zwykłą, brązową szatę, a włosy związała w niechlujny kok. Minerwa nie zwykła widywać matki w takim stanie.
- Co się stało? – szepnęła ochrypniętym głosem Minny, niechętnie wstając.
- Ubieraj się. Szybko.
Głos pani Mcgonagall był ostry i nieprzyjemny. Kobieta szybko wybiegła z pokoju, już na korytarzu krzycząc coś do Williama. Minerwa nie rozumiała, co się dzieje, ale powoli zaczęła odczuwać napiętą atmosferę, panującą w domu. Założyła pierwszą lepszą szatę, zapinając w pośpiechu guziki i zbiegła na dół, gdzie w salonie stał jej ojciec, opierając się o kominek. Kiedy dziewczyna weszła w głąb pokoju zauważyła, że drzwi do gabinetu są otwarte na oścież, a w środku kręci się kilku czarodziejów i czarownic.
- Co się dzieje?
Rufus nie odpowiedział, tylko spojrzał z uwagą na córkę, a w jego oczach zalśniły gniewne iskierki. Minerwa patrzyła jak ojciec zaciska nerwowo szczękę, ale nie chciała mu niczego ułatwiać, ani iść na ustępstwa. Czekała, aż ktoś wreszcie poinformuje ją, o co chodzi w tym całym bałaganie. Za oknem było jeszcze ciemno, choć niebo powoli skłaniało się ku zmianie barwy z czarnej na szarą. Minny dopiero teraz spojrzała na stojący w kącie zegar. Wskazówki poruszały się powoli, zbliżając się do zatrzymania na piątej.
- Tato!
- Nie interesuj się – syknął zdenerwowany mężczyzna i wszedł do gabinetu, zatrzaskując za sobą drzwi.
Minny została sama i poczuła się trochę niepewnie. Usiadła przy kominku, wyciągając dłonie w stronę ognia i czując przyjemne ciepło, powoli się uspokajała. Po chwili dołączył do niej zaspany William. Guziki przy jego koszuli były źle pozapinane.
- O co chodzi? – spytał, ziewając i usiadł na podłodze koło Minerwy.
- Nie mam pojęcia.
Mijały kolejne minuty, które spędzili w ciszy przed kominkiem. Pan McGonagall musiał rzucić na drzwi zaklęcie wyciszające, bo nie było niczego słychać, choć William, co jakiś czas, wstawał i przykładał ucho do dziurki od klucza. W końcu dołączyła do nich Ginewra, tym razem już ładnie ubrana i uczesana. Minny wstała i podeszła do matki.
- Na tyłach domu czeka powóz. Pojedziecie do Izoldy – wytłumaczyła pospiesznie.
- Ale… Mamo, co to za ludzie? Co oni robią w naszym domu o tej porze?
Wiliam przypatrywał się na zmianę siostrze i pani McGonagall, nie wiedząc, po której ze stron powinien się opowiedzieć. Intuicyjnie czuł, że najlepiej będzie, jeśli opuszczą posiadłość, ale z drugiej strony rozumiał ciekawość Minerwy, która stała z założonymi rękami i czekała na odpowiedź. Wyraz jej oczu przypominał teraz groźne spojrzenie ojca i William mimo woli wzdrygnął się. Dziewczyna zacisnęła usta w pionową kreskę, a jej brat domyślił się, że jeszcze chwila i Minny wybuchnie. Ginewra najwidoczniej też to przeczuwała, więc rzuciwszy zdenerwowane spojrzenie na zamknięte drzwi gabinetu, postanowiła krótko wytłumaczyć zaistniałą sytuację.
Poprowadziła dzieci do okna i wskazała im na kilka powozów, czekających przed wejściem na swoich właścicieli. Minny zauważyła na niektórych inicjały, albo rodowe herby i zaczęła wymieniać na głos nazwiska.
- Tata prowadzi z tymi ludźmi rozmowy na temat stworzenia ewentualnej opozycji…
- Przecież już jest opozycja – przerwała ostro Minerwa.
- Ale luźna. A potrzeba silnego stronnictwa, które gotowe byłoby stanąć przeciw Czarnemu Panu.
McGonagall nie rozumiała, co to wszystko ma wspólnego z nocną pobudką. Zgadzała się ze słowami matki, ale nie wynikało z nich nic, co tłumaczyłoby to dziwne zachowanie. Ginewra najwidoczniej domyśliła się, że córka nie jest usatysfakcjonowana odpowiedzią.
- Za godzinę będą tu członkowie innych rodzin, które są bardziej przychylne Grindewaldowi i wolałabym, żeby was w tym czasie tu nie było. Nigdy nie wiadomo, czy przyjdą sami, czy z… eskortą – skrzywiła się.
- Gotowi? – usłyszeli głos babci, która stała w wejściu, a obok niej dreptała Louise, przeskakując z nogi na nogę. Minerwa uniosła wysoko brwi, a Rozalia spojrzała wówczas na służącą i uśmiechnęła się krzywo.
- Madame Louise ma ostatnio problemy z krążeniem i jakiś szarlatan z Pokątnej powiedział jej, że to pomaga – wytłumaczyła stara pani McGonagall. – Jedźmy. Strawberowie czekają.
- W dalszym ciągu uważam, że…
- Minerwo! – głos Ginewry był stanowczy i dziewczyna zawahała się przez chwilę, czy jest sens, by to wszystko dalej ciągnąć.
Tymczasem William zakładał już palto, a babcia trzymała w dłoniach futerko Minerwy, patrząc niecierpliwie na wnuczkę. Minny nie miała innego wyjścia jak tylko ubrać się i wyjść na zewnątrz, nie zasycając matki nawet spojrzeniem.
Kiedy stała na schodach, czując piekący w policzki mróz i modląc się, by wreszcie wsiąść do powozu, usłyszała jak matka z babcią, wymieniają między sobą kilka słów, aż w końcu Rozalia zatrzasnęła za sobą drzwi i zeszła do dorożki, którą w tej samej chwili zajechał Horacy.
Minerwa niechętnie weszła do środka, czując na sobie krytyczne spojrzenie babki. William nie odzywał się, tylko zaszył się w kącie, przykrył się kocem i starał się nie zasnąć. Po chwili jednak przegrał tę walkę i cicho drzemał, a Rozalia wykorzystała ten moment, żeby porozmawiać z wnuczką, która wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w widok za oknem.
- Nie obrażaj się, moja droga.
- Nie obrażam się – wymamrotała Minerwa, a pani McGonagall uśmiechnęła się krzywo.
- Właśnie widzę…
Minny poruszyła się niespokojnie na swoim miejscu i posłała babce pełne żalu spojrzenie. Irytował ją fakt, że wszystkie ważne sprawy odbywały się za jej plecami. Nie była już dzieckiem i miała prawo wiedzieć, o co chodzi.
- Jak byłam w twoim wieku, też tak myślałam – uśmiechnęła się Rozalia, jakby czytała w myślach dziewczyny. – Ale twoi rodzice nie informują was o wszystkim, bo po prostu czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego…
- Ale…
- Nie przerywaj mi – zgasiła dziewczynę jednym surowym spojrzeniem. – Wydaje ci się, że obowiązkiem twoich rodziców jest tłumaczenie ci się ze wszystkiego. Otóż jesteś w błędzie. Masz dopiero osiemnaście lat, a i to niecałe, więc powinnaś się teraz zajmować swoją młodością, a nie wojną. Od tego są dorośli. Ludzie, którzy mają doświadczenie, mają wpływy i znajomości. To nie jest wojna na zaklęcia. Tu chodzi o zdobycie władzy, a środki przymusu, które stosuje Czarny Pan to tylko jeden z wielu czynników, który składa się na budowanie nowego ładu.
- I co z tego wynika? – spytała cicho Minerwa.
- Myśl, Minny. Myśl.
Dziewczyna zastanowiła się przez chwilę, raz jeszcze analizując słowa babci. Rozalia uśmiechała się delikatnie i czekała w ciszy, czując, że jest na dobrej drodze, by odnieść kolejny sukces wychowawczy.
- Wyższe sfery powinny się zająć tą wojną? – spytała nieśmiało Minerwa.
- Właśnie. To oni muszą być główną siłą opozycji, aby pokonać tego szaleńca – uśmiechnęła się zadowolona babcia. – Rozumiesz, teraz? Czarodzieje, którzy byli u nas w domu, spotkali się, by coś ustalić. To dobry początek, by zorganizować ruch oporu przeciw Grindewaldowi. Tylko, że obie doskonale wiemy, iż środki, jakie stosuje Czarny Lord wobec opozycji, nie należą do najłaskawszych…
- Podobno zesłali Jeffersonów do Azkabanu – szepnęła Minny na potwierdzenie słów babci i jednocześnie poczuła nieprzyjemny chłód na samą myśl o czarodziejskim więzieniu.
- Rodzice muszą was chronić. I trzymać jak najdalej od wojny, żebyście mogli skorzystać z waszej młodości. Uszanuj to.
Minerwa pokiwała głową ze zrozumieniem i nagle poczuła ogromne wyrzuty sumienia, przypominając sobie, jak potraktowała matkę. Z drugiej strony to, co powiedziała babcia, wcale jej nie uspokoiło. Czytała codziennie Proroka i miała świadomość, co mogłoby się stać, gdyby ktoś niepowołany dowiedział się o tajnym spotkaniu w domu McGonagallów.
- Babciu, ale czemu w takim razie zapraszają tych, którzy są po stronie Czarnego Pana? – spytała, niczego nie rozumiejąc.
- Nie, Minny. Oni zaprosili ludzi, którzy póki, co są neutralni w tej wojnie. Oczywiście może się tak zdarzyć, że któryś z tych czarodziejów przeszedł na stronę wroga i poinformował odpowiednie służby o tym, co się u nas dzieje, ale…
- Chcą ich przeciągnąć na swoją stronę, zanim to zrobi Czarny Pan? – spytała Minny, a Rozalia kiwnęła tylko głową na znak zgody.
Dziewczyna zamknęła oczy i próbowała się zdrzemnąć, ale na nic się to zdawało. Myślała o ojcu, matce, pysznych ciastach Zeldy, ale jak na złość zamiast znaleźć w tych myślach ukojenie, czuła irracjonalny strach, objawiający się przyspieszonym oddechem, szybszym biciem serca i dziwnym bólem brzucha. Zacisnęła ręce na delikatnym materiale szaty, wiedząc, że jeśli ją puści, babcia będzie mogła, dostrzec jak drżą jej ręce.
Minerwa, którą przecież wychowano jako osobę gotową walczyć w imię wyznawanych przez nią wartości, nagle poczuła, że wolność i sprawiedliwość jej nie obchodzą. To wszystko było tylko wielkim światem, o którym się mówiło, ale który w praktyce był jej zupełnie nieznany. Cały dorobek kultury, tradycji nie miał najmniejszego znaczenia, bo to, co było najważniejsze dla młodej Minerwy Ofelii McGonagall, dotyczyło jej domu. Sama myśl, że mogłaby stracić to wszystko, napawał ją przerażeniem. Dopóki istniał ten mały kawałek świata, w którym mogła być sobą, czuła się bezpiecznie i Grindewald mógł sobie rządzić całą czarodziejską Anglią.
Powóz szarpnął i Minerwa poczuła, że powoli zbliżają się do lądowania. Po minucie usłyszała charakterystyczny tętent kopyt, uderzających o zmarzniętą ziemię.
- Kiedy wrócimy do domu?
- Po południu. Na razie ciesz się na śniadanie z przyjaciółką.



Minerwa nawet nie podejrzewała, że w tym samym czasie myśli jej matki kroczą po identycznych torach. Ginewra stała przy oknie w gabinecie i myślała o dzieciach, jutrzejszym obiedzie i sukience na bal sylwestrowy. Czuła, że nie powinna zajmować się tak przyziemnymi sprawami, ale właśnie to było jej całym życiem.
Kobieta odwróciła się i rozejrzała się po czarodziejach i czarownicach, zajmujących wolną przestrzeń jej gabinetu, Na twarzach zebranych ludzi widać było strach, niepokój, czasem zniecierpliwienie i irytację. Ale Ginewrze zależało na tym, by jej dzieci po powrocie na obiad, mogły spokojnie usiąść przed kominkiem i porozmawiać z nią o literaturze.
- Zgadzasz się?
Kobieta drgnęła, słysząc jak niski, pulchny mężczyzna zwraca się do jej męża. Rufus oparł łokcie o blat biurka i złączył ze sobą długie, smukłe palce obu dłoni. Ginewra przypatrywała się panu McGonagallowi, który zmarszczył czoło i zastanawiał się nad czymś poważnie. Domyśliła się, że w jego głowie toczy się walka między poczuciem obowiązku wobec ojczyzny a dobrem rodziny.
- Ruf… - zaczęła, ale jej przerwano.
- Tylko pan się nadaje, sir – wyszeptała ochrypłym głosem jakaś czarownica, a Ginewra nawet nie zwróciła uwagi, kto to dokładnie był, zbyt zajęta cichą modlitwą do wszystkich jej znanych bogów, którzy mogliby sprawić, aby Rufus wstał i powiedział, że ta wojna go nie dotyczy.
Czuła się jak ostatnia egoistka, ale nie chciała, żeby mąż zgadzał się na propozycję tych ludzi. Jedyne, czego pragnęła to normalne życie albo, chociaż jego pozory. Przecież właśnie teraz w ich małżeństwie znowu wszystko wspaniale się układało. Dzieci wyjechały do Hogwartu i choć początkowo pozostawiły w domu pustkę, Ginewra i Rufus potrafili ją zapełnić swoją miłością. Pani McGonagall doskonale rozumiała argumenty, które przemawiały za stworzeniem opozycji i całym sercem je popierała tylko, że wolałaby, aby to wszystko działo się gdzieś poza jej domem. Wojna była dla niej głupstwem. Wciąż jeszcze nie docierało do niej jak wielkie ma znaczenie. Pamiętała swój pobyt w Paryżu podczas walki między czarodziejami i goblinami. Płonęły domy, urzędy, zaklęcia latały po ulicach i nie było niczego gorszego od ciszy, bo zawsze była to „cisza przed burzą”. Każdego wieczora wywieszano listy z nazwiskami zabitych. Ginewra prawdopodobnie do końca życia nie zapomni tych łez, które wylewały matki, żony i córki pod ścianami. Tych krzyków, drżenia dłoni, które można było zauważyć u prawie każdego przechodnia. W Anglii tego nie było. Cała wojna przypominała raczej szybki przewrót. „Jest Minister – nie ma Ministra” pisała opozycyjna gazetka. A co dalej? Ginewra będąc na Pokątnej widziała zdenerwowanie w oczach ludzi, ale powoli zaczynali przystosowywać się do ciągłych kontroli i wzmożonych patroli. Po pierwszej fali strachu przyszło zobojętnienie. Przeciwnicy despotycznych rządów Grindewalda znajdowali się w rządzie, a wszystko tam działo się za zamkniętymi drzwiami. Opozycjonistów po prostu się pozbywano, a Prorok Codzienny próbował przekazać to pomiędzy wierszami tak, by zmylić cenzurę.
- Naprawdę chcecie, żebym to ja stanął na czele? – spytał cichym, lecz pewnym głosem Rufus. Jego żona ocknęła się z zamyślenia.
- Nie – szepnęła Ginewra, ale jej cichy głos zagłuszyła entuzjastyczna odpowiedź zgromadzonych.



2.


Cisza. Nawet postacie na obrazach ucięły sobie poobiednią drzemkę.
- Przerażające, co?
Feliks spojrzał na młodego mężczyznę, siedzącego w fotelu naprzeciwko i uśmiechnął się krzywo.
- Wygodne. Ojciec nigdy nie lubił zbytecznego hałasu – wytłumaczył. – Powiedz mi lepiej, co się stało, że zaszczyciłeś nas swoją obecnością na obiedzie?
Mężczyzna wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Podchodził do każdego z regałów i wodził wzrokiem po tytułach książek, przyglądał się z uwagą fajansowym figurkom, stojącym za szkłem, a młody Hamilton czekał w ciszy, aż czarodziej zdecyduje się mu odpowiedzieć.
Feliks lubił ich leniwe popołudnia, kiedy każda czynność przeciągała się w czasie, jak w starych, dobrych książkach Germanolda Poolkuleya. Nawet stary zegar tykający cicho w kącie pokoju zdawał się zwolnić ruch wskazówek, jakby wstydził się, że pokazuje upływający czas.
- Chciałem porozmawiać – powiedział szeptem gość i w tym momencie jego głos bardzo przypominał „szeleszczącą” barwę Feliksa. – Poza tym są święta.
- Były – poprawił go Hamilton. – Ja mam trochę inną teorię dotyczącą twojego przybycia.
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie w stronę chłopaka i wzniósł swoje krzaczaste brwi do góry. Oparł się o komódkę, przesuwając łokciem jedną, z ustawionych tam, starych fotografii i utkwił badawcze spojrzenie swoich ciemnych oczu w Feliksie. Oczy mężczyzny były otoczone grubymi, długimi rzęsami wywijającymi się wdzięcznie do góry. Tęczówka była tak ciemna, że z daleka nie można było zauważyć granicy, która dzieliła ją od źrenicy. Czarodziej miał równie ciemne włosy, które sięgały prawie do ramion i falowały delikatnie, sprawiając wrażenie, jakby były mocno potargane wiatrem. Był to człowiek wysoki i postawny, a wszystko w nim, od lekceważącego uśmieszku wąskich ust, przez dumną, wyprostowaną pozę i styl ubierania, kojarzyło się z tym typem arystokracji, który reprezentowali Malfoyowie czy Lastarngeowie. Strój, co prawda nie należał do najdroższych, ale narzucona od niechcenia krótka szata w kolorze butelkowej zieleni, obcisłe ciemne spodnie i długie buty sprawiały, że mężczyzna wyróżniał się z tłumu i przykuwał uwagę wszystkich, a wywinięty finezyjnie kołnierzyk białej koszuli uzupełniał wizerunek wiecznego chłopca, który traktuje życie jak zabawę.
- Jakaż to teoria, panie Hamilton?
Feliks nie śpieszył się z odpowiedzią. Wstał z fotela i podszedł do swojego gościa. Kiedy stali obok siebie, widać było lekkie podobieństwo. Co prawda Feliks miał ciemnobrązowe włosy a nie prawie czarne, a oczy Hamiltona przypominały raczej niebo w słoneczny dzień niż bezdenne studnie. Mimo to dumna postawa i rysy twarzy miały w sobie coś wspólnego.
- Czujesz się winny. Pomyślałeś sobie, że biedny Feliks musi siedzieć w tym domu, a ty się bawisz i w ramach poczucie obowiązku przyszedłeś mnie odwiedzić. Nie mam racji, panie Smith?
Mężczyzna roześmiał się i pokręcił głową, ale jego oczy chwilę później spoważniały i zniknęły z nich łobuzerskie iskierki.
- Widzisz…
Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju wszedł roztrzęsiony Augustulus, przerywając rozmowę i zakłócając błogi spokój. Zatrzymał się na środku pokoju.
- Malcom, dobrze, że jesteś. Musimy porozmawiać – warknął.
- Coś się stało? – spytał znudzonym głosem Feliks, przyzwyczajony do zmiennych nastrojów ojca.
- Jestem wściekły.
- To widać. Czyżby twój ukochany pan nie dał ci posadki?
Malcolm spojrzał ostrzegawczo na chłopaka, zdając sobie sprawę, że żartowanie z Grindewalda nie jest najlepszym pomysłem, a już na pewno nie w obecności wściekłego Augustulusa.
- Rozmawiamy – powiedział cicho młody mężczyzna.
- I co z tego? – w głosie pana Hamiltona pobrzękiwały nutki paniki. – Nie interesuje mnie. To mamy ważniejsze sprawy. Śpieszę się i…
- Mój ojciec chce sprawdzić, czy Lotta Rosier jest faktycznie tak dobra w łóżku, jak to wszyscy mówią – syknął Feliks i ostentacyjnie wyszedł z pokoju.
W saloniku pozostało tylko dwóch czarodziejów, którzy mierzyli się wrogimi spojrzeniami. W końcu Augustulus podszedł do barku i wyjął z niego butelkę Ognistej.
- Napijesz się?
Malcom nie odpowiedział. Podszedł do okna i spojrzał na pokryty śniegiem krajobraz za oknem.
- O co chodzi?
- Cooper jest po stronie Grindewalda – powiedział nerwowo Hamilton, opróżniając jednym haustem szklaneczkę z bursztynowym płynem i krztusząc się chwilę potem.
- Nie powinieneś tyle pić – stwierdził z rozbawieniem Smith.
- Nie ty mnie będziesz pouczał, smarkaczu… W każdym razie Cooper jest bardzo przydatny Panu. Powiedzmy, że bardziej niż ja.
- I tego się boisz, prawda? Tego, że możesz zejść na dalszy plan. Że twoje interesy będą pominięte. Wybacz, ale tylko głupcy i naiwniacy poprzechodzili na stronę Czarnego Pana.
- Nie mów tak – powiedział cicho, jakby się bojąc, że ktoś ich może usłyszeć Augustulus.
- Naprawdę wierzysz, że Grindewald tak łatwo podzieli się z wami władzą? – spytał szeptem Malcolm, podchodząc bliżej do starszego czarodzieja i wpatrując się w niego z politowaniem.
- Nie tego się boję, głupcze. Wiesz przecież, że Sekstiusz i moja żona byli ze sobą bardzo blisko.
- Zdradzała cię – stwierdził po prostu Smith. – Z tego, co wiem, nie pozostawałeś jej dłużny. I nie dziw się, że Feliks tak ostro krytykuje twoje schadzki z Rosierówną. Wiesz, że ona mogłaby być twoją córką?
- Nic ci do tego – syknął Augustulus.
- Owszem. Nic mi do tego. Ale jeśli to prawda, że jest taka łatwa to nie dziw się, kiedy zdecyduję ci ją odbić – roześmiał się szczerze i głośno Malcolm.
Hamilton machnął ręką na chłopaka i usiadł w fotelu. Oparł głowę o oparcie i zamknął oczy, próbując uporządkować myśli. Powoli poddawał się spokojnej atmosferze tego popołudnia. Promienie słońca, wpadały do pokoju, odbijając się od kryształów, ustawionych w starym kredensie.
- Boisz się.
Augustulus poczuł jak przechodzi go dreszcz, słysząc cichy, głęboki głos młodszego mężczyzny.
- Boisz się, żeby Cooper nie zaczął węszyć – kontynuował obojętnym tonem Malcolm. – Wiesz, że on ją kochał. Ona jego nie, bo nie była zdolna do prawdziwego uczucia, ale on o tym nie wie. W dalszym ciągu myśli, że była biedną kobietą, która tylko w jego ramionach potrafiła odnaleźć szczęście. Ale to nieprawda. Ty wiesz to jak mało, kto, prawda? Żyłeś z nią i wiedziałeś jak dobrze potrafi kłamać. Jak one wszystkie.
- Nie wszystkie. Większość – poprawił go szeptem Augustulus. – Przecież Blanka cię kocha. Nie tylko ona… - czarodziej uśmiechnął się z satysfakcją. – Skoro mowa o…
- Muszę z tym skończyć – Smith skrzywił się. – Nie możesz mnie zmuszać, żebym z nią dalej był.
- Ale czy ja cię zmuszam? – spytał pan Hamilton głosem niewiniątka. – Coś w tej dziewczynie musi być, skoro jeszcze jej nie rzuciłeś.
- Mówiłeś o Cooperze – przypomniał Malcolm, odwracając się w stronę Augustulusa tak, że oparty o parapet, mógł obserwować czarodzieja.
- Czarny Pan go poprze. Pomoże mu, może nie w dojściu do prawdy, ale w wysłaniu mnie do Azkabanu.
- Ciebie? – Malcom uśmiechnął się krzywo. – Nie rozumiem, czemu wychodzisz z założenia, że cały świat kręci się koło twojej osoby?
- On myśli, że to moja wina. Że ja zniszczyłem życie swojej żonie i nawet, jeśli to nie ja ją zabiłem to i tak jest to świetny pretekst, by ukarać mnie za wyrządzone jej krzywdy…
- Nie ma świadków.
- Ma, Malcom – Augustulus odwrócił się do mężczyzny. – Ma. Wiesz, że jestem szczery.
- Wiem. Co z tego wynika?
- To, że jeśli mnie oskarżą, powiem im, co wiem – przyznał Hamilton, a jego prawa powieka zaczęła nerwowo drgać. – Powiem im wszystko.

Podczas, gdy Malcolm rozmawiał z panem Hamiltonem, Feliks zbiegł po schodach, robiąc przy tym ogromny hałas i złapawszy w biegu szatę i szalik, wybiegł na zewnątrz. Mimo świecącego słońca, był okropny mróz i już po chwili chłopak poczuł jak szczypią go uszy, policzki i nos.
Hamilton ruszył w stronę małego, drewnianego domku na tyłach posiadłości. W tym celu musiał przejść przez cały ogród i kawałek łąki należącej do jego rodziny. Po kwadransie zobaczył wreszcie majaczącą w oddali chatkę, za którą roztaczał się piękny widok na las. Rosły w nim wysokie, iglaste drzewa, przykryte teraz czapami śniegu, a na gałązkach ogołoconych krzewów widać był grudki lodu. Feliks lubił zimę. Rok temu o tej porze szykowali kulig. Pamiętał, że Lily zgubiła wówczas rękawiczki i czterech młodych chłopców, którzy regularnie adorowali panienkę Hamilton, ruszyło na poszukiwanie zguby. Kontuzjowany Gertman pozostał w domu i to właśnie z nim miała w końcu pobrać się śliczna dziewczyna.
- Że też akurat z nim… - powiedział sam do siebie Feliks i z rozbawieniem zauważył, że z każdym słowem z jego ust wyłania się lekka mgiełka.
W końcu Hamilton dotarł do domku i zadowolony wszedł do środka. Były tu tylko trzy pokoje i kuchnia, a całość urządzona była na kształt leśniczówki. W kącie pokoju, do którego wszedł Feliks stały kosze, które jesienią wykorzystywano w czasie grzybobrania, na ścianach wisiały zasuszone bukiety kwiatów i ziół, a nad wejściem poroże jelenia. W drugim pokoju znajdowała się specjalna skrzynia, w której trzymano broń oraz kufer z kocami. Hamilton wyciągnął ciepły pled i usiadł przed kominkiem, w którym palił się ogień.
- Plotko?
- Tak, sir – stara skrzatka pojawiła się w wejściu, kłaniając się nisko. – Jak to miło, że panicz przyszedł, sir.
- Herbaty.
- Oczywiście, sir.
Stworzenie zniknęło, ukłoniwszy się wcześniej trzy razy, a Feliks zaczął wpatrywać się w palące się drewno. Chwilę później buchnęły przed nim zielone płomienie i z kominka wyszedł Malcolm, otrzepując swoją szatę.
- Myślałem, że się ciebie pozbędę.
- Skrzaty powiedziały mi, że tu jesteś – stwierdził po prostu Smith i rozejrzał się po pomieszczeniu. – Ładnie tu.
- Lubię tu przychodzić.
Malcom pokiwał głową ze zrozumieniem i usiadł w wiklinowym, bujanym fotelu, uśmiechając się dziwnie.
- Czuję się jak jakaś stara wiedźma.
- Wyglądasz.
Feliks rzucił czarodziejowi swój pled i poszedł do pokoju po drugi koc. Kiedy wrócił Malcom popijał herbatę w ładnej, porcelanowej filiżance, która nie pasowała do tego miejsca.
- Czy to nie powinna być moja herbata? – spytał Hamilton.
- Zaraz dostaniesz swoją.
Faktycznie, chwilę potem Ploteczka pojawiła się ponownie z tacą, na której obok filiżanki parującej herbaty, stał talerz z piernikiem i cynamonowymi ciasteczkami. Feliks przywłaszczył sobie słodycze, siadając na ziemi przed kominkiem i wkrótce dołączył do niego Malcom, z niechęcią opuszczając fotel.
- O czym chciał rozmawiać z tobą mój ojciec?
- O niczym ważnym – gładko skłamał Malcolm.
- Pewnie zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie powinien był mieszać się w tę głupią wojnę. Ale nie rozmawiajmy o tym… Co u Blanki?
- Dobrze. Chyba powoli zaczyna mieć dość mnie i moich tajemnic.
- W takim razie coś z tym zrób – stwierdził po prostu Feliks i spojrzał na mężczyznę z rozbawieniem. – Wbrew pozorom to nie jest takie trudne.
- Prawda? – Malcolm uniósł brwi do góry. – Ty o tym doskonale wiesz. Sposób załatwiania spraw między tobą a panną McGonagall…
- To nie to samo – przerwał mu chłopak. – Ja nie zamierzam się z nią żenić.
- Jeszcze lepiej… Zupełnie obca baba wchodzi w twoje prywatne życie z butami, a ty, co? Urządzasz scenkę i kończysz temat.
Feliks nie wydawał się być zachwycony sposobem, w jaki Smith opowiadał o kłótni z Minerwą. Skrzywił się i nie potrafił ukryć zdenerwowania szczególnie, że ta sprawa w dalszym ciągu go bolała.
- Niby, co twoim zdaniem miałem zrobić? Nie potrzebnie ci mówiłem.
- Nie umiesz postępować z kobietami – roześmiał się Malcom.
- Umiem! Ale nie z nią. Ona jest… inna. Czasami zastanawiam się, czy ona w ogóle jest kobietą.
Smith prychnął i z rozpędu wypił zbyt duży łyk herbaty, parząc sobie język. Syknął wściekle, a Feliks westchnął tylko, patrząc na niego z litością.
- I ty mnie będziesz uczył?
- Nie będę cię uczył. Ja na twoim miejscu…
- Właśnie! Co ty na twoim miejscu byś zrobił, co? – Hamilton spojrzał na niego z satysfakcją. – Nie masz zielonego pojęcia.
- Nie o to chodzi.
- A o co?
- Zawsze możesz ją potraktować jak zwykłą dziewczynę, zaprosić do Hogsmeade, dać bukiecik kwiatków, a potem ją przy wszystkich ośmieszyć na dowidzenia.
- I to ma być zemsta? – Feliks nie był przekonany. – Obawiam się, że to bardzo proste i prymitywne.
- Ale powszechne… - uzupełnił Malcom. – Przynajmniej powszechnym było za moich czasów.
- Ale ty już jesteś stary – roześmiał się Feliks. – Wiesz, kto jest teraz nauczycielem historii magii? Nie zgadniesz.
- Nostradamus? – spytał bez zainteresowania Smith.
- Lepiej. Heraklita Malfoy. Kto by pomyślał, prawda? Ona jako nauczycielka.
- Dippet jest jej ojcem chrzestnym – wytłumaczył obojętnie Malcom, całkowicie niewzruszony tą informacją.
- No ale… Wiesz, co o niej mówią, prawda? Bywa na Nokturnie. Powinieneś ją widywać.
- Czasami ją widuję. Ale… Czyżby Lita zrobiła jakiś skandal?
- Jeszcze nie – uśmiechnął się Feliks. – Jeszcze.
W oczach młodego Hamiltona ta kobieta była zdolna do wszystkiego. Może nie do końca wierzył we wszystkie plotki, które o niej mówiono, ale obraz zdemoralizowanej i rozpieszczonej Malfoyówny przypadł mu do gustu i nie potrafił opuścić jego świadomości, choćby nie wiem jak bardzo rozsądnie zachowywała się Heraklita.
- Co teraz będzie z twoją transmutacją? – spytał Malcom.
- Właściwie już powtórzyliśmy wszystko, co miałem do nadrobienia i teraz idę do przodu z materiałem. Dumbledore jest zadowolony i nie wydaje mi się, żeby zmuszał mnie do kolejnych korepetycji…
- Nie krzyw się tak – roześmiał się mężczyzna. – To było dla twojego dobra.
Feliks nie odpowiedział. Wstał i zaczął się ubierać, dając jasno do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną.
- Pójdziesz ze mną na… jej grób?
Oczy Malcolma zdawały się jeszcze bardziej pociemnieć, jeśli było to w ogóle możliwe. Przez chwilę wahał się, wpatrując się w dno filiżanki, aż w końcu niechętnie wstał z podłogi. Nie miał najmniejszej ochoty odwiedzać cmentarza, ale intuicyjnie czuł, że nie może zostawić chłopaka samego, bo potem bardzo by tego żałował.
Opuścili ciepłą i przytulną chatkę. Na dworze wiatr wiał z każdą chwilą coraz mocniej i droga do domu dłużyła się niemiłosiernie, kiedy przedzierali się przez zaspy śniegu. Tuż przed budynkiem Feliks skręcił w boczną drużkę, prowadzącą do stajni. Malcolm skrzywił się, najwidoczniej nie popierając pomysłu młodego czarodzieja, ale nie zaprotestował, kiedy ten poszedł po dwa konie. Zwierzęta też nie były zachwycone możliwością spaceru w taki mróz, bo wierzgały wściekle kopytami i rżały z dezaprobatą. Hamilton od dziecka uwielbiał konne przejażdżki i zawsze omijał stajnie z magicznymi stworzeniami, które mimo wielu fascynujących cech, zawsze wydawały mu się mniej eleganckie.
- Wsiadasz? – zapytał wesołym głosem Malcolma.
- A mam inne wyjście? Wolę pospolite środki transportu.
- Na przykład?
- Na przykład sanie. Albo ewentualni nogi.
Feliks roześmiał się i wsiadł na wysoką, siwą klacz, która odrzuciła do tyłu grzywę i z radością ruszyła naprzód, zapominając chyba o pierwotnym niezadowoleniu pogodą. Malcolm natomiast nie miał zaufania, do chodzącego niespokojnie ogiera i przez chwilę jeszcze wahał się, czy nie dostać się na cmentarz za pomocą magii. Widząc jednak rozbawione i pełne politowania spojrzenie chłopaka, Smith zebrał się w sobie i dosiadł konia. Ruszyli.
- Mieszczuch – powiedział teatralnym szeptem Feliks, kiedy już jechali obok siebie wiejską drogą.
- To po prostu jest wina tych stworzeń…wrednych.
- Wrednych? – Hamilton roześmiał się szczerze, kręcąc głową. – To najszlachetniejsze zwierzęta na świecie z tych, których używają zarówno mugole i czarodzieje.
- A co jeśli mnie zrzuci? – wolał upewnić się Malcolm.
- A co z twoją sławetną gryfońską odwagą? Araby są posłuszne. O żywym temperamencie, ale posłuszne. A do tego bardzo inteligentne i wrażliwe. Nie panikuj, dobrze?
Reszta drogi upłynęła im w milczeniu. Kiedy wjechali do lasu, pośrodku którego znajdował się cmentarz, zwolnili trochę. Panowała tu idealna cisza, przerywana jedynie odgłosami końskich kopyt i trzaskaniem łamanych przez zwierzęta gałązek. Drzewa zdawały się chronić to miejsce przed oczami świata, a nałożone zaklęcia odpędzały stąd mugoli. Feliks zatrzymał się przy jednym z drzew i zostawił tam swoją klacz. Malcolm zastanawiał się przez chwilę, czy nie zawrócić, ale w końcu z niechęcią ruszył za Hamiltonem, który powoli zbliżał się do wielkiego dołu, pokrytego teraz śniegiem. Drzewa w lesie były wyjątkowo wysokie, a człowiek czuł się nic niewartym stworzeniem wobec ogromu przyrody. Mężczyźni zeszli w głąb dołu, gdzie można było zauważyć tunel w skarpie. Ponieważ obaj byli wysocy, musieli uważać na niski strop, z którego od czasu do czasu osypywała się ziemia. Smith był tu po raz pierwszy w życiu, więc rozglądał się z ciekawością dookoła, czując zapach gnijącej ściółki i żywicy. Bał się o cokolwiek zapytać, by nie zburzyć dziwnej harmonii, która panowała w tym miejscu.
W końcu dotarli do czegoś na kształt podziemnej jaskini. Z ziemi wystawały skromne, kamienne tablice nagrobne, nad którymi w powietrzu unosiły się jasne płomyczki. Malcolm czytał kolejne epitafia i nazwiska, szukając miejsca gdzie spoczywa pani Hamilton, ale nie było to takie łatwe. Feliks zatrzymał się przy kilku grobach, przy których rosły małe krzaczki, symbol młodych mężczyzn oraz przy innych, którym towarzyszyły różane krzewy, sadzone nad grobami zmarłych dziewcząt.
- Samobójcy – wytłumaczył cicho Malcolmowi, a jego niski, niewyraźny głos sprawił, że Smith poczuł jak przechodzą go dreszcze.
Na końcu jaskini znajdował się ogromy kamień o kształcie kuli z przybitą do niego miedzianą tabliczką. Hamilton uderzył w nią różdżką, wymawiając swoje nazwisko, a głaz zadrżał i powoli zaczął turlać się do środka ściany, jednocześnie odsłaniając tajne przejście. Czarodzieje ruszyli śladem kamienia, idąc wąską ścieżką podziemnego korytarza i mijając kolejne przejścia odchodzące na boki. W końcu głaz zatrzymał się i weszli do wielkiej krypty, oświetlonej blaskiem pochodni.
Znajdowała się tu niewielkie, bezlistne drzewo, które było tak zaczarowane, że od każdej gałęzi odstawało złote jabłko. Malcolm podszedł bliżej i spojrzał na wygrawerowane na owocach nazwiska kolejnych członków rodu. Kilka kroków dalej stały, finezyjnie ozdobione, marmurowe nagrobki, a wśród nich jasna mogiła ze złotymi literami, układającymi się w słowa:

Eleziette Dornalay Mariett Francouise Hamilton z domu Delacroix
1903 – 1941
Sit tibi terra levis!”


- Niech ci ziemia lekką będzie – przeczytał Smith i spojrzał niepewnie na stojącego nad grobem Feliksa, którego twarz spochmurniała.
Każde wypowiedziane w tej ciszy słowo, zdawało się być przerażająco nie na miejscu, więc Malcom zdziwiłby się, gdyby ta atmosfera nie przytłacza Hamiltona.
- Nie masz do niej żalu? – spytał nagle Feliks.
Mężczyzna zmrużył oczy i w skupieniu wpatrywał się w nagrobek, jakby tam właśnie miał znaleźć odpowiedź na to pytanie.
- Malcolm?
- Nie wiem. To nie jest takie proste.
Nie było. Malcolm przez wiele miesięcy zwlekał przed przyjściem tutaj, a i teraz czuł, że popełnia jakieś świętokradztwo, stojąc nad grobem tej kobiety. Do tej chwili wszystko wydawało mu się być obojętnym. Ale im dłużej patrzył na nazwisko Eleziette Hamilton, uwieńczone w białym kamieniu, tym bardziej czuł jak rośnie w nim gniew, żal, strach i wyrzuty sumienia. Nie miał prawa tu być i doskonale o tym wiedział. Nie miał prawa wejść do życia tej rodziny i z tego także zdawał sobie doskonale sprawę. Ale mimo wszystko znalazłby tysiące argumentów, które usprawiedliwiałyby jego postępowanie. Nagle zapragnął wyjść stąd i odetchnąć wreszcie świeżym powietrzem. Ale wiedział, że byłaby to ucieczka, a on nie potrafiłby już nigdy spojrzeć w swoje odbicie w lustrze.
- Przychodzę tutaj i uświadamiam sobie, że ona nie żyje – powiedział odległym i obojętnym tonem Feliks. – W domu czuję do niej żal. Czasem nienawiść. A tutaj…
Chłopak zacisnął mocno wargi i odwrócił się na pięcie, idąc w stronę wyjścia. Smith wyczarował szybko bukiet róż, który położył na ziemi i poszedł śladem chłopaka. Hamilton opierał się o ścianę tuż przed wejściem i próbował się uspokoić. Malcolm nie potrafił powiedzieć niczego stosownego, więc wolał milczeć.
- Czasami cieszę się, że jej już nie ma. Czy to znaczy, że jestem zły?
- Nie, Feliks. Nie zadręczaj się tym.
- Chciałem, żeby umarła – szepnął i zamknął oczy, by nie upuścić gromadzących się pod powiekami łez. – Naprawdę tego chciałem…
- Ja… Nie wiem. To był wypadek, Feliks – powiedział, zaciskając mocno pięści. – To był wypadek.
- Wiem.



Eli.


komentarze [19]



Oddaj swój uśmiech.
Opowieść
Urodziny
rozdział 1

Władza to władza
rozdział 2

Korepetycje
rozdział 3

"Co kilkadziesiąt lat" cz.I
rozdział 4

"Co kilkadziesiąt lat" cz.II
rozdział 5

List
rozdział 6

Przyjęcie wg.Parkinsona
rozdział 7

Nieudane popołudnie
rozdział 8

Irytujące rozmowy Minerwy M.
rozdział 9

Hogsmeade
rozdział 10

Plotka
rozdział 11

Noc Duchów
rozdział 12

Nowa nauczycielka
rozdział 13

Przyjęcie wg.Kettlera
rozdział 14

Listopad
rozdział 15

Zmora
rozdział 16

Przerwa Świąteczna cz.I
rozdział 17

Przerwa Świąteczna cz.II
rozdział 18

Sylwester cz.I
rozdział 19

Sylwester cz.II
rozdział 20

Ulica Śmiertelnego Nokturnu
rozdział 21

Białe piórko
rozdział 22

Dwa kolory
rozdział 23

Niepewność
rozdział 24

Wiosna
rozdział 25

Kłamstwa pani Hamilton
rozdział 26


Poczekaj
27. Fatum
28. Przyjęcie wg. Hamiltona
29. Bilans


Poczytaj:
caitria-stairothbellatriksblacklavare-manuspatronszapomniane-tajemnicemy-friend-lonelinessars-amoren-aimantshadowbladeintendiev-layssiman


Czekam na oceny:


Ocena zabija powoli
Poczochrane Oceny
Ocenimy doradzimy
Oceniamy fanfiction
Eleganckie
Centrum Magii

Godni podziwu:


Żona dla Śmierciojada
!SPOILERY! - Hogwart Młodych
Forum Mirriel
Andromeda Black
obrazek - piękny



Moje:


Tonksowe miniaturki



Ocenione:


Oceny fanfiction "Jest! Jest czarodziej!""
Egoistycznie i moralizatorsko - Całkiem nieźle (z plusem ;))
Liga Ochrony Psychiki - Makulatura :)
Oszpecajace szopozgredy = Szopoolśniaki
Critique factory - Powyżej Oczekiwań


Wykonanie
Intendiev dla autorki. Dziękuję pani Hepburn. Lepiej trzymaj się z daleka!